wtorek, 9 sierpnia 2016

Słowacko-węgierskie uprzedzenia

(Fragmenty z przygotowywanych do druku na wrzesień 2016 r. pamiętników „Wichry życia”)

Działo się to w czasie kolejnej konferencji zagranicznych tłumaczy literatury polskiej w Warszawie pod koniec lat 70-tych. Zaprosiliśmy na kolację do domu świetnego węgierskiego poetę, eseistę i tłumacza polskiej literatury Györgya Gömöriego i piękną tłumaczkę literatury polskiej ze Słowacji. Gömöri, były organizator manifestacji solidarnościowej z polska pod pomnik generała Bema w Budapeszcie 23 października 1956 r. , przez dziesięciolecia przebywał na emigracji w Anglii. Gömöri był bardzo przystojny, Słowaczka ładniutka, bardzo zmysłowa i sexy. Zapraszając ich na spotkanie mieliśmy ukryty zamysł ich cichego wyswatania. Początkowo wszystko szło zgodnie z naszymi intencjami. Bardzo szybko coś zaiskrzyło między parą naszych gości, wyraźnie mieli się ku sobie. A ja nieszczęsny wszystko to niespodziewanie popsułem już w drugiej godzinie kolacji. Zacząłem się przekomarzać z Györgyem (Jerzym) na temat wydarzeń polsko-węgierskiej historii. Przypomniałem jako skrajny przykład polskiej naiwności wobec węgierskich bratanków sławetną umowę krakowską z 144O roku. Przewidywała ona, że młodziutki polski król Władysław (później Warneńczykiem zwany) zostanie królem Węgier i wyruszy z armią polską przeciw Turkom zagrażającym Węgrom. Wojna ta miała nas kosztować dużo wylanej polskiej krwi i wielką dawkę polskich pieniędzy.(Skarb polski został wówczas wyczerpany do dna.) W zamian za te wszystkie ofiary z polskiej strony zgodziliśmy się na podyktowane przez Węgry trzy warunki. Po pierwsze mieliśmy im zwrócić bez wykupu znajdujące się w naszym posiadaniu od kilkudziesięciu lat w zastawie 13 miast spiskich. Po drugie mieliśmy poddać pod rozjemstwo sprawę przynależności Rusi Halickiej, która również należała do nas już kilkadziesiąt lat od czasu gdy zbrojnie zajęła je młoda królowa Jadwiga. Dość szczególny był trzeci warunek. Młody, przystojny. zaledwie 16-letni król Władysław miał poślubić o wiele starszą od niego ponad trzydziestoletnią (i już ze zmarszczkami, jak pisali kronikarze) węgierską królową Elżbietę Habsburżankę. Była ona matką trojga dzieci i akurat znajdowała się w ciąży po niedawno zmarłym mężu. I młody król miał ją poślubić w imię poświęcenia dla obrony wiary chrześcijańskiej. (Do przyjęcia tego typu warunków namówił młodego króla fatalny dla Polski polityk kardynał Zbigniew Oleśnicki). Ostatecznie jednak umowa krakowska została zerwana przez królową Elżbietę, która w końcu uznała, ze nie wyjdzie za mąż za gołowąsa.

Przy sprawie przynależności Spiszu György zaczął ze mną polemizować. Przekomarzaliśmy się z 15 minut , gdy nagle piękna Słowaczka gniewnie przerwała nasze spory. Z furią uderzyła pięścią w stół i zawołała: „Co to jest? Polak i Węgier spierają się o to, do kogo powinien należeć Spisz, który zawsze był i będzie słowacki!” I wtedy zaczęła się prawdziwie zajadła wzajemna kłótnia o historię miedzy Györgyem, a Słowaczką, w której wyszyły na powierzchnię wszystkie od dziesięcioleci nagromadzone słowackie urazy do Węgrów. M.in. Słowaczka ze złością wspomniała swoją babcię, która jej wciąż mawiała : „Ucz się języka węgierskiego, bo to język elity”. Kłótnia trwała parę godzin i niestety o żadnych amorach nie było już więcej mowy. Nawet do hotelu, gdzie mieszkali pojechali osobno. Tak to niebacznie zepsułem przez swe żarciki o historii szanse bardzo obiecującego romansu.

A ona zwała się Tatiana

Świetnym miejscem dla obserwacji zachowań przedstawicieli różnych nacji stał się dla mnie Międzynarodowy Hotel Studencki w Dziekance na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Pracowałem tam jako tzw. pracownik kulturalno-oświatowy przez trzy miesiące w 1959 roku, w czasie wakacji po trzecim roku moich studiów na historii. Zajmowałem się m.in. wygłaszaniem po angielsku wykładów z polskiej historii dla studentów z Anglii czy Stanów Zjednoczonych. Na początku wykładu zawsze zwykłem pytać naszych anglosaskich gości, co ich szczególnie interesuje z naszych dziejów, a potem już szerzej rozwijałem akurat te właśnie wątki. I właśnie przyzwyczajenie do takich wstępnych zapytań w końcu omal mnie nie zgubiło. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Któregoś dnia wieczorem poznałem w „Dziekance” na potańcówce proroczą Rosjankę- moskwiczankę.- A ona zwała się Tatiana. Wpadła mi niezwykle mocno w oko, a potem jakoś pozwoliła się porwać dalej na zwiedzanie „Krokodyla” na Starym Mieście. Nasze spotkanie mocno przeciągnęło się nocą. Były tańce i bardzo szczere rozmowy. Zapamiętałem m.in. przedziwne pytanie Tatiany : „Dlaczego wy Polacy tak nie lubicie Rosjan?” . Na szczęście my oboje bardzo się polubiliśmy i dosłownie nie mogliśmy się rozstać. Na pożegnanie umówiliśmy się na kontynuację pięknie rozpoczętej znajomości. Tyle, że rano zamiast „kontynuacji” była absolutna katastrofa. Tatiana zobaczywszy mnie przy śniadaniu uprzedziła, ze niestety w czujnej grupie rosyjskie zauważono jej zniknięcie z jakimś Polaczyszkiem i bardzo późny powrót. Efekt - nie możemy się już więcej spotykać. Tatiana przy tym najbardziej obawiała się „rukowoditela” (szefa) grupy, bardzo ponurego „ideolo”.. Powiedziała, że boi się. że ją jakoś ukarzą za nasz „wypad”, ale postara się napisać do mnie z Moskwy.

Dodatkowym nieszczęściem był fakt, że właśnie z grupą Tatiany miałem umówione na ten dzień wygłoszenie wykładu o historii Polski. Nie paliłem się do tego wykładu,. Bo rosyjski znałem bez porównania gorzej od angielskiego, nie mówiąc o strasznie złym „udareniu”. Sytuację rozwiązało jednak wcześniejsze stwierdzenie rosyjskiego rukowiditela, że będę mógł mówić po polsku, a i tak wszyscy mnie zrozumieją. Niestety nagle na to wszystko nałożył się mój nocny wypad z Tatianą.. Cóż było robić ? Przychodzę do Rosjan kolo południa, aby wygłosić wykład, a tu wita mnie rząd kilkudziesięciu podejrzliwych oczu. Najgorsza była toporna mimika rukowoditela sowieckiej grupy. Wpatrywał się we mnie arcyponuro, tak jakbym zgwałcił co najmniej z 20 ruskich dziewcząt, a potem spalił całą ruską wioskę.. I wtedy właśnie popełniłem wspomnianą już nieostrożność, za którą o mało co nie przyszło mi słono zapłacić. Zapytałem grzecznie rosyjskiego rukowoditela, tak jak zwykłem pytać Amerykanów i Anglików, co ich najbardziej interesuje w polskiej historii.. I nagle padła odpowiedź, która była dla mnie jak uderzenie obuchem w głowę- „Chcemy usłyszeć o historii polskiego ruchu robotniczego”- sucho powiedział rukowoditel.

Straszliwe pobladłem na takie dictum. Myślałem, że będę mógł jak zawsze kreślić co ciekawsze wybrane w 1926 r., najczęściej daleko odchodząc od głównego tematu. Cóż ratowałem się jak mogłem. Kończę i czekam z pewnym strachem, jak teraz mnie „zagną”. Sam rukowoditel zaś patrzył na mnie strasznym wzrokiem jakby wreszcie zdemaskował groźnego „wroga ludu”. I.. oskarżycielskim tonem, z zimnym triumfującym uśmieszkiem oskarża mnie o arcyciężki błąd ideologiczny, pytając jak ja mogłem tak nieodpowiedzialnie pominąć walkę komunistów polskich przeciw Niemcom w pierwszych latach drugiej wojny. światowej :1939-1941. Swym pytaniem popełnił straszna wpadkę, którą natychmiast wykorzystałem Zrobiłem niezwykle smutną minę i powiedziałem łamaną ruszczyzną: „Mnie oczen żałko to skazat, ale polskaja komunisticzeskaja partia nie mogła nic zdełat w borbe protiw Giermancom w pierwych godach wojny, bo jej uże nie było od 1939 goda,. Rukowideli tej partrii, samyje łuczszyje syny pol;skogo naroda zostałi ubity czerez stalinskuju- beriowskuju prowokacju. Czto bolsze sama komunisticzeskaja partia Polszy była likwidirowana czerez Stalina i tolko w 1942 godu na nowo woznikla Polska Partia Robotnicza jako następca Komunistycznej Partii Polszy. ]Na takie dictum już więcej pytań nie było od zupełnie skonsternowanego rukowoditela, którego moja odpowiedź wyraźnie dobiła.. A ja natychmiast odczułem zarówno ogromne rozluźnienie, jak i rodzaj triumfu. Tyle, że z Tatianą już nie mogłem się spotkać na żadnej randce, poza odprowadzeniem jej na dworzec i wymiana paru listów.

Ta historia i opowieści kolegów repatriantów dobitnie przekonały mnie, że z Rosjanami nie można w ogóle o niczym rozmawiać. Jeśli jest bowiem więcej niż jeden Rosjanin, to ten jeden absolutnie boi się drugiego, bo będzie tylko problem, kto szybciej doniesie.

Dwa tygodnie później przeżyłem zupełnie odmienne, tym razem bardzo przyjemne zaskoczenie. Mój przyjaciel z akademika na Kickiego, repatriant z Rosji Anton Gajewski zatrzymał się w „Dziekance” z grupą pilotowanych przez niego kilkudziesięciu Gruzinów. Natychmiast zapoznał mnie z nimi. Kilka dni później Gruzini zaprosili na swój wieczór pożegnalny obok Antona także i mnie. Rozpoczęły się toasty. Pierwszy :„Aby Polska i Gruzja zawsze żyły w przyjaźni!” Pijemy do dna. Drugi toast: „Aby Polska i Gruzja były zawsze szczęśliwe!”. Znów do dna. I nagle szef grupy wznosi najbardziej sensacyjny trzeci toast: „Aby Polska i Gruzja wreszcie wyzwoliły się od Rosjan!”. Znów wypiliśmy do dna, a ja całe dnie nie mogłem wyjść z podziwu dla odwagi i rozmiarów solidarności narodowej tych 40 Gruzinów, którzy nie wahali się publicznie wystąpić z tak mocnym antysowieckim toastem. Po prostu byli absolutnie pewni, że nie znajdzie się wśród nich ani jeden Judasz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz