piątek, 12 sierpnia 2016

Z kręgów patriotycznej opozycji (I)

(Fragmenty przygotowywanych do druku na wrzesień 2016 r. pamiętników „Wichry życia”)

Chciałbym tu szerzej scharakteryzować przynajmniej dwie postacie z naszej opozycyjnej grupy „bogoojczyźnianej”, ścierającej się w połowie lat sześćdziesiątych z michnikowcami, niechętnymi Kościołowi i patriotyzmowi: mec. Karola Głogowskiego i publicystę Antka Zambrowskiego.

Niegodnie przemilczany opozycjonista Karol Głogowski

Adwokat Karol Głogowski z Łodzi był niewątpliwie najzdolniejszą i najciekawszą zarazem postacią spoza Warszawy w naszej opozycyjnej grupie patriotycznej. Ciągle z ogromnym oburzeniem myślę o rozmiarach marginalizacji i przemilczeń w III RP w stosunku do tego tak znakomitego niepodległościowego działacza opozycyjnego, w czasach gdy ponad miarę wychwalano A. Michnika, J. Kuronia i ludzi z ich grupy. Karola Głogowskiego pomijano i podawano przemilczeniom, bo przez całe życie był konsekwentnym opozycjonistą narodowym, wrogo odnoszącym się do wszelkich przejawów antypolonizmu i nihilizmu narodowego. Przypomnę tu choćby fakt, o którym pisałem już 18 lat temu w mojej książce „Zagrożenia dla polski i polskości" (Warszawa 1998,.t.I., s. 163). Opisałem tam ohydne znieważenie postaci bohaterskiego Tadeusza Rejtana przez osławioną profesor Marię Janion, niegdyś stalinówkę i członkinią PZPR (1949-1979), a po 1989 r. głównym guru Kazimiery Szczuki i innych szalonych feministek. W 1989 r. Janion pozwoliła sobie na próbę ośmieszenia Rejtana poprzez umieszczenie go na okładce swej książki „Wobec zła” jako „patriotę wariata”, z wyszczerzonymi kłami wampira zamiast zębów. Mecenas Karol Głogowski, reagując na te zohydzenie Rejtana na okładce książki Janion niezwłocznie powiadomił o tym prokuraturę, sugerując, że takie znieważenie postaci słynnego patrioty ma znamiona przestępstwa. Prokuratura całkowicie zignorowała doniesienie Głogowskiego. (Por.”Puls” ,nr 48 z 1991 r.) Czy prokuratorów tak zobojętnianych na troskę o dobre imię polskich bohaterów nie należałoby natychmiast usuwać z pracy? Warto chociaż przypomnieć, kim był ten niegodziwiec ! Ale wracajmy do postaci Karola Głogowskiego.

W okresie października 1956 r. zaledwie 23-letni wówczas Karol Głogowski był jednym z założycieli niepodległościowego Związku Młodych Demokratów Organizacja ta w krótkim czasie skupiła kilkanaście tysięcy członków. 30 listopada .1956 r. został przewodniczącym Tymczasowego Zarządu Głównego tej organizacji i pełnił tę funkcję aż do wymuszonego samorozwiązania się ZMD w styczniu 1957 r. Rzecznik Stowarzyszenia Ruch Wolnych Demokratów Adam F. Wojciechowski pisał; „Krótkie, bo kilkutygodniowe istnienie ZMD nie poszło jednak na marne,. Powstała pierwsza jawna organizacja opozycyjna w bloku sowieckim miedzy Kamczatką, a Berlinem Wschodnim, kwestionująca otwarcie hegemonię polityczna partii komunistycznej w państwie”.(Por. A. F. Wojciechowski: Adwokat suwerenności, „Tygodnik Solidarność" z 8 grudnia 2006 r.) Po rozwiązaniu ZMD Głogowski kontynuował dalej działalność opozycyjną w formie tajnych spotkań grup samokształceniowych. W marcu 1964 esbecy aresztowali go podczas jednego z tych spotkań. Po znalezieniu w czasie rewizji w jego mieszkaniu rękopisu pracy krytycznej wobec ustroju został oskarżony o przestępstwo z art. 23 tzw. małego kodeksu karnego, czyli o „rozpowszechnianie fałszywych informacji mogących wyrządzić szkodę interesom PRLW lipcu 1964 ówczesny minister sprawiedliwości zawiesił go w prawach wykonywania zawodu adwokata. 29 września 1964 został uniewinniony przez sąd I instancji, a kilkanaście dni później przywrócono mu prawo wykonywania zawodu adwokata. Jednak prokuratura odwołała się od tego wyroku. 5 marca 1965 Sąd Wojewódzki w Łodzi częściowo uchylił wyrok I instancji, uznając go winnym przechowywania, ale nie rozpowszechniania fałszywych informacji. W czerwcu 1965 r. Ministerstwo Sprawiedliwości w niosło do Sądu Najwyższego w niosek o rewizję wyroku.. W lutym 1966, podobnie jak wcześniej Łódzki Sąd Wojewódzki, sąd w Warszawie nie uznał wprawdzie Karola Głogowskiego winnym rozpowszechniania fałszywych informacji, ale uznał winnym ich przechowywania, zaś w poczet kary zaliczył mu okres przebywania w areszcie, dzięki czemu Karol Głogowski nie musiał przebywać w więzieniu. Prokuratura jeszcze raz odwołała się od tego wyroku, jednak Sąd Wojewódzki w Warszawie podtrzymał w maju 1966 wyrok sądu I instancji. Po krótkim czasie wykonywania zawodu adwokata jesienią 1966 r. pod naciskiem wiceministra sprawiedliwości został skreślony z listy palestry. Niedługo potem znów wznowiono sprawę sadową Głogowskiego. Skazano go na karę 9 miesięcy pozbawienia wolności, na szczęście uchylona dzięki amnestii z 1969 roku. W 1968 roku Karol został ostatecznie skreślony z listy adwokatów, przez kilka lat pozostawał bez pracy, zaś jego piękna żona - śpiewaczka Opery Łódzkiej nie wytrzymała trudów takiego życia i popełniła samobójstwo.

Dr Leszek Skonka we wspomnieniu na temat Głogowskiego, zamieszczonym w Internecie, przytoczył nader barwną anegdotę z jego życiorysu. Podobno w latach pięćdziesiątych do Głogowskiego zwrócił się jeden z sekretarzy partii zakładu dziewiarskiego, w którym robotnicy dokonywali drobnych kradzieży, by przeprowadził umoralniającą pogadankę i przekonał ludzi by nie kradli, bo hańbą jest okradanie zakładu pracy, który jest własnością całego społeczeństwa. Głogowski rzeczywiście przekonywał pracowników, posługując się rożnymi argumentami prawnymi, społecznymi, moralnymi, o niewłaściwości ich postępowania i zakończył radą, że jeśli są niezadowoleni z zarobków, domagają się deputatów w postaci produkowanych przez nich wyrobów, to niech tego domagają się w inny sposób: protestują lub strajkują, ale niech nie poniżają się do kradzieży. Na te słowa gwałtownie zareagował sekretarz partii, zwracając się do prelegenta: panie mecenasie, to już niech nadal kradną, niż mieliby protestować lub strajkować. (Por. Mec. Karol Głogowski- nie zyje- Polskie niezależne Media - Artykuł zaprasza.net/a_y.php?article_id=7892).

Po skreśleniu z palestry przez Izbę Adwokacką Głogowski nie mógł wykonywać zawodu adwokata aż do 19 maja 1981, gdy go ponownie wpisano n a listę adwokatów. kiedy to Naczelna Rada Adwokacka na wniosek Izby Łódzkiej uznała decyzję z 1966 za bezprawną i ponownie wpisała go na listę adwokatów. W latach 1968-1970 był bezrobotny, zaś w latach 1970-1976 pracował jako radca prawny w kilku łódzkich przedsiębiorstwach państwowych. Przez cały ten okres prowadził mniej lub bardziej aktywną działalność opozycyjną. W latach 1965 -1966 działał w naszej grupie patriotycznej. W 1975 współredagował i podpisał list do Sejmu PRL przeciw zmianom w Konstytucji PR..W 1977 założył opozycyjny Ruch Wolnych Demokratów. Ruch ten wkrótce wszedł w skład Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W trakcie rozłamu w ROPCiO poparł Leszka Moczulskiego i wszedł w skład Rady ZINO. Jesienią 1980 był jednym z doradców „Solidarności” w regionie łódzkim. Na początku 1981 był doradcą łódzkiego strajku studenckiego, który wywalczył rejestrację. Zrzeszenia Studentów. Według cytowanego już Adama F. Wojciechowskiego: „Trzeba go też nazwać ojcem duchowym Niezależnego Związku Studentów (NZS) (…) w decydującej mierze przyczynił się do zwycięstwa strajkujących oraz powstania Związku”. (Podkr.- J.R.N.)( Por. A. F. Wojciechowski :op.cit.)

Był internowanym od styczna do marca 1982. Po wypuszczeniu z internowania pracował jako adwokat. W 1983 został wybrany na członka Naczelnej Rady Adwokackiej, pełnił też funkcję sędziego w Wyższym Sądzie Dyscyplinarnym tej Rady.

Zmarginalizowanie K. Głogowskiego po 1989r.

Po 1989 r. Głogowskiego całkowicie zmarginalizowano. Ze swymi narodowymi poglądami nie pasował do czasów, gdy ton nadawali nowi prominenci typu Geremka, Kuronia czy Michnika. Według przewodniczącego Zarządu Głównego Stowarzyszenia Ruchu Wolnych Demokratów Adama Pleśniara Głogowski „reprezentował zbyt pryncypialną ideowo, mało polityczną postawę. A przecież byłby znakomitym parlamentarzystą i być może sumieniem obywatelskim wciąż niedojrzałej klasy politycznej”.(Cyt. za A. F. Wojciechowski : op.cit.). Warto przypomnieć, że Głogowski na przełomie 1998 i 1999 był obrońcą Kazimierza Świtonia w procesie o postawienie krzyży na Żwirowisku Auschwitz – Birkenau. Przejściowo próbowano wysunąć kandydaturę Głogowskiego na szefa tworzącego się IPN-u, ale nic z tego nie wyszło. Za to spotkała go pod koniec życia ogromna krzywda ze strony prezesa IPN- Leona Kieresa,, który w sprawie Głogowskiego wdarł się na sam szczyt podłości. W listopadzie 2003 kieresowski Instytut Pamięci Narodowej bez uzasadnienia odmówił Głogowskiemu uznania wniosku o przyznanie statusu pokrzywdzonego i wglądu do akt zgromadzonych w tej instytucji. Głogowski odwołał się od tej decyzji do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Sąd uchylił postanowienie IPN, jednak IPN odwołał się od tego wyroku do NSA. PO stronie Głogowskiego wystąpił Rzecznik Praw Obywatelskich, domagając się szybkiego wyjaśnienia sprawy. 13 stycznia 2005 NSA ostatecznie oddalił kasację IPN, przyznając tym samym Karolowi Głogowskiemu status pokrzywdzonego. Jakiż to był niesamowity skandal, że Głogowskiego, tak zasłużonego dla opozycji, i tak mocno prześladowanego w PRL-u, próbował poniżyć Leon Kieres, człowiek bez żadnych zasług dla opozycji, za to autor potwornej prokomunistycznej cegły o RWPG, wydanej w latach 70-tych. I to była sprawiedliwość III RP! Od 1989 r. kilkakrotnie spotykałem się z Karolem. Akurat na parę miesięcy przed jego śmiercią w 2005 r. umówiliśmy się telefonicznie, że wpadnie na dłuższą swobodna rozmowę o przyszłej współpracy do miejscowości pod Piotrkowem, gdzie znajdowało się rodzinne mieszkanie mojej zony. Niestety nagle niespodziewanie zmarł 22 października 2005 r. Kieres z powodu swych bezczelnych i nieuzasadnionych szykan wobec Głogowskiego w ostatnich paru latach jego życia w pewnym sensie ma go na sumieniu. Ten sam Kieres, który bezzasadnie, łamiąc prawo, przyznał status pokrzywdzonego prawdziwemu agentowi Lechowi Wałęsie!
W listopadzie 2006 r. uczestnicy międzynarodowego seminarium popularno-naukowego z okazji 50-lecia ZMD wystąpili o przyznanie Głogowskiemu pośmiertnie Orderu Orła Białego. Niestety do tej pory nie uhonorowano go żadnym odznaczeniem państwowym. Stąd apel do prezydent Andrzeja Dudy, by wreszcie naprawiono tę tak rażącą niesprawiedliwość.
Postać wspaniałego polskiego patrioty żydowskiego pochodzenia Juliana Unszlichta

W czasie, gdy nasza grupa wciąż spierała się z michnikowcami - „internacjonalistami", totalnie lekceważącymi polskość i polskie tradycje narodowe w duchu osławionej Róży Luksemburg Karol Głogowski dostarczył mi bardzo cenne argumenty przeciw naszym adwersarzom. Jestem mu szczególnie wdzięczny za polecenie mi już w połowie lat sześćdziesiątych lektury dwóch arcycennych książek wówczas zupełnie zapomnianego Juliana Unszlichta, księdza katolickiego i polskiego patriotycznego intelektualisty pochodzenia żydowskiego. Warto tu o nim szerzej wspomnieć. Unszlicht odegrał wielką rolę w walce przeciwko negującym ideę niepodległości Polski „intemacjonalistom” z SDKPiL na czele z Różą Luksemburg, występując w dwóch odrębnych książkach przeciwko ich poglądom i działalności. Początkowo Julian Unszlicht sam działał przez kilka lat w SDKPiL. Stopniowo jednak całkowicie zniechęcił się do tej partii z rosnącym oburzeniem obserwując fakty dowodzące skrajnej niechęci Różu Luksemburg i jej otoczenia do spraw niepodległości Polski.
Unszlicht był człowiekiem o bardzo wysokich standardach moralnych. Tym bardziej nie mógł się więc pogodzić z tym, co uważał za skrajną niewdzięczność części Żydów wobec Polski jako kraju, który udzielił schronienia na swym terytorium prześladowanym Żydom z całej Europy w jednym z najtrudniejszych okresów ich dziejów. Szczególnie ostro piętnował postępowanie części Żydów, którzy przybyli z Rosji, tzw. litwaków, uleganie przez nich nastrojom prorosyjskim i antypolskim, nazywał ich „litwacką Targowicą”, zagrażającą Polsce.
W 1911 roku Unszlicht opublikował w Krakowie pierwszą ze swych dwóch obszernych publikacji książkowych poświęconych obronie Polski i polskości przed żydowskim nacjonalizmem litwaków z SDKPiL „Socjallitwactwo w Polsce”.Pisał w niej między innymi: „(…) Sam będąc Polakiem „pochodzenia semickiego”, znając na wylot drobno-mieszczańską inteligencję żydowską i różne prądy ją nurtujące, szereg lat działałem w głównej organizacji wojującego z Polską nacjonalizmu żydowskiego, tzw. SDKPiL (“Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy”). Przez długi czas nie mogłem sobie zdać sprawy, skąd bierze się jej zaciekły rozpęd antypolski, czemu zieje ona taką piekielną nienawiścią do najbardziej uciemiężonego narodu na świecie i czemu zatruwa w duszy ludu polskiego normalne uczucie poświęcenia i miłości dla swej ojczyzny w niewoli (…)”..
Swą krytykę antypolskich działań litwaków Unszlicht ilustrował wieloma konkretnymi przykładami. Pisał: „(…) Do jakiej czelności może się tu posunąć socjal-litwactwo świadczy fakt następujący: na początku 1905 w chwili największego wybuchu rewolucyjnego w Polsce socjallitwacki Sanhedryn (tzw. Zarząd Główny) wypuścił w rocznicę »Proletariatu« odezwę, w której oznajmił uroczyście, że »Polska, to trup, który winien być rzucony na śmietnik«, i pogląd ten rozwałkowany na całą odezwę rzucił w ogromnej ilości egzemplarzy w masy robotnicze polskie – pod pretekstem, że to była ideologia »Proletariatu« (…)
Trzeba było całej litwackiej arogancji i nienawiści do Polski, aby podobnie plugawą odezwę wypuścić, przypominającą haniebne odezwy czamosecińców rosyjskich przeciwko Żydom. (…) Utrwalić najazd moskiewski—co prawda »zdemokratyzowany« w Polsce, oto obiektywny cel nacjonalizmu żydowskiego u nas. Przykryć to wszystko frazesem »socjalistyczny«— oto sposób otumanienia umysłów robotników polskich, aby przy ich pomocy dobić »trupa« znienawidzonej Polski i na nim organizację żydowską »narodową« wybudować. Czas wielki, aby wreszcie przeciwko tej zgubnej i rozszalałej furii antypolskiej bankrutującego social-litwactwa ostro i energicznie zareagowały szerokie masy źydostwa, których żywotne interesy są narażone przez to na szwank (Podkr.- J.R.N.) (…) W ten sposób najlepiej żydostwo się przysłuży wspólnej Ojczyźnie — Polsce, która zawsze mu przytułek i gościnność dawała w najgorszych chwilach tego istnienia, a która przez zjednoczone wysiłki ludu polskiego i żydowskiego wyzwolona być winna (…)”.
W 1912 roku Julian Unszlicht wydał kolejną, prawie 400-stronnicową książkę demaskującą antypolskie działania litwaków pt. „O pogromy ludu polskiego. (Rola socjal-litwactwa w niedawnej rewolucji)”. Szczególnie ostro potępił tam nieodpowiedzialne działania liderów SDKPiL, nawołujących polskich robotników do udziału w takich manifestacjach, którym z góry groziło rozbicie przez oddziały carskiej armii lub żandarmerii. To lekkomyślne pchanie robotników polskich pod kulę w imię swych własnych politycznych celów Unszlicht nazywał prowokowaniem „pogromów ludu polskiego”. Gwałtownej krytyce poddał Unszlicht również godzące w polskość działania Róży Luksemburg i „social-litwactwa” w Poznańskiem i na Górnym Śląsku, zarzucając im podporządkowywanie Polaków niemieckiej partii socjaldemokratycznej. Jak gdyby nie mieli oni prawa do własnego narodowego organizowania się i narodowej niepodległości. Na jednej ze stron napisał jakże wymowne słowa: „Poezja romantyczna nazwała Polskę Chrystusem narodów. I w rzeczy samej żaden w dziejach ludzkości znany naród nie przeszedł takiej martyrologii na własnej ziemi i nie okazał się tak naiwnie szlachetny w stosunku do swych wrogów i prześladowców’”.(Podkr.- J.R.N.) (Por. J.Unszlicht:„O pogromy ludu polskiego (Rola social-litwactwa w niedawnej rewolucji),Kraków 1912,s.373.)
Rzecz ciekawa w owych latach Unszlicht bardzo mocno zaprzyjaźnił się z Bolesławem Prusem, który w tamtym okresie całkowicie stracił swe prożydowskie złudzenia z czasów pisania „Lalki” – pod wpływem obserwacji wynikłych z zachowań rzezy litwaków w Polsce i nieczystych metod ekspansji gospodarczej ze strony części środowisk żydowskich. I tak np. w „Kronice Tygodniowej” z 6 listopada 1909 r. Prus pisał: „Stosunek niektórych grup żydowskich do Polski jest nie tylko niegodziwy, ale wprost- nieprzyzwoity(…) Litwacy odgrywają rolę rusyfikatorów, u nas, nawet obrażają nas, a Żydzi poznańscy wręcz głoszą, że zawsze walczyli przeciw polakom w interesie Niemców’. Z kolei w „Kronice Tygodniowej” z 12 listopada 1910 r. Prus ubolewał : „Kiedy cała imigracja niemiecka , choćby sprzed stu lat, stała się naszą krwią, kością, sercem i dusza, masy żydowskie po wielu wiekach są nam obcymi, więcej nawet – niektóre grupy żydowskie przypominają armię, która toczy z nami walkę w celu wytępienia czy wygnania większej części nas, a zamienienia reszty na swoich lenników, jeżeli nie niewolników!”. (Podkr.- J.R.N.) Prus i Unszlicht przez lata korespondowali ze sobą. Rzecz zabawna – w pewnym momencie po tekstach Unszlichta, bardzo ostro atakujących antypolską część Żydów, dobrotliwy Prus nieco go mitygował, pisząc: dołożył już Pan mocno Żydom, niech da Pan im trochę odsapnąć!
Julian Unszlicht był bratem jednego z czołowych komunistów Józefa Unszlichta, w 1920 roku wraz z F.Dzierżyńskim, F. Konem i J. Marchlewskim, członka samozwańczego pseudorządu proradzieckiego w Białymstoku. Podczas gdy Józef Unszlicht pełnił szereg kierowniczych funkcji w bolszewickiej Rosji (m.in. okrutnego zastępcy F. Dzierżynskiego w Czeka) aż do stracenia w stalinowskich czystkach w 1938 roku.
Warto dodać, że broniący z taką energią polskości Julian Unszlicht przeszedł na katolicyzm, a później przez wiele lat pracował jako kapelan w ośrodku emigracyjnym wśród polskich pracowników we Francji. W 1936 roku Julian Unszlicht wydał w Paryżu wybór kazań dla wychodźców. W książce tej Julian Unszlicht jako kapelan uchodźstwa publicznie wyrażał dzięki Matce Boskiej, Królowej Korony Polskiej za ocalenie narodu polskiego pod Warszawą od „hord bolszewickich”. Jakiż niebywały przypadek .Julian Unszlicht piętnował azjatyckie hordy bolszewickie, które chciały zająć Warszawę, a na czele tych hord szedł jego brat, członek samozwańczego antypolskiego „rządu” w Białymstoku. Nowoczesna odmiana historii Abela i Kaina! Warto dodać, że nawet Jędrzej Giertych, nie skłonny do idealizowania Żydów, uznał, że Julian Unszlicht jednoznacznie nawrócił się na katolicyzm i na polskość, i nie należy w to nawrócenie powątpiewać.
Poznanie dzięki sugestii Karola Głogowskiego już w połowie lat sześćdziesiątych tak pięknej postaci niezłomnego polskiego patrioty żydowskiego pochodzenia jak Julian Unszlicht miało dla mnie bardzo duże znaczenie na całe następne dziesięciolecia. Wiedziałem, że należy zawsze starannie różnicować nasz stosunek do różnych osób ze środowisk żydowskich. Bo obok takich niezwykle groźnych szkodników jak Adam Michnik, wciąż podstępnie podważających polskość i Kościół, można tam znaleźć i takie perły jak Julian Unszlicht. I rzecz znamienna Z jednej strony chyba nie było osoby, która po 1989 r. zrobiła więcej niż ja dla zdemaskowania różnych polakożerców żydowskich typu Jana Tomasza Grossa. Z drugiej strony jednak również nikt nie napisał ode mnie więcej w Polsce o postaciach Żydów - polskich patriotów, którzy na zawsze zjednoczyli się duchowo z Polską tak jak J. Unszlicht, Wilhelm Feldman, Bernard Lauer, Michał Korenfeld, Kazimierz Sterling, Mieczysław Grydzewski, Józef Lichten, ,podporucznik AK Stanisław Aronson, żydowski partyzant, a potem karmelita (ojciec Daniel) Oswald Rufeisen, Marian Hemar czy Dora Kacnelson. Wydałem na ten temat m.in. odrębną książeczkę „Przemilczani obrońcy Polski”.
Przy okazji przypomnę jedną z najciekawszych postaci żydowskich, oddanych sprawie polsko-żydowskiego zbliżenia, wręcz męczennika tej sprawy (zabitego przez fanatycznego Żyda za swą propolskość) rabina Abrahama Kohna.. Kiedyś przez miesiące starannie przewertowałem wszystkie tak liczne roczniki Polskiego Słownika biograficznego (PSB) i tam trafiłem na jego historię, której, o ile wiem, nikt poza mną nie przypomniał po 1945 r. Rabin Kohn (1807-1849), znienawidzony przez proaustriackich serwilistów i wciąż denuncjowany do władz zaborczych, konsekwentnie głosił, że Żydzi, żyjący od wieków wśród Polaków są dziećmi polskiej ziemi i powinni obowiązkowo znać język polski. W pierwszą rocznicę stracenia polskich emisariuszy: T. Wiśniowskiego i J. Kapuścińskiego 31 sierpnia 1848 r. Kohn odprawił uroczyste nabożeństwo w templum. Kohn wszedł jako przedstawiciel żydostwa w skład polskiej Rady Narodowej we Lwowie. Przy różnych okazjach donośnie występował publicznie za umacnianiem zbliżenia polsko-żydowskiego. Zaakcentował to również w druku w „Listach z Galicji”. Propolskie zaangażowanie rabina Kohna wzbudziło ku niemu zajadłą nienawiść w kręgach żydowskich ortodoksów. Padł jej ofiarą, podstępnie otruty arszenikiem, przez proaustriackiego żydowskiego zamachowca B. Pilpela. Fanatyczny Pilpel zdradziecko zakradł się do kuchni rabina w porze obiadowej pod pozorem zapalenia fajki i wrzucił arszenik do rosołu. Zaledwie 42-letni rabin Kohn zmarł w strasznych męczarniach, podobnie jak jego najmłodsza córeczka, resztę domowników udało się odratować.(Por. opracowany przez K. .Lewickiego biogram A. Kohna w XIII tomie PSB.).

1 komentarz:

  1. Ja napisalem recenzje 1913 pracy Juliana Unszlichta, gdzie on surowo potepil niejalnosci Zydow Polskich--chociarz on sam by Zydem, i tylko latami pozniej sie nawrocil na Katolicyzm.

    Zebe zobaczyc ta recenzje, prosze kliknac na moje imie tytaj, i zobacz pierwsze Comment (Koment).

    OdpowiedzUsuń