czwartek, 4 sierpnia 2016

Spór z michnikowcami (I)

(Fragment przygotowywanych do druku na wrzesień 2016 r. moich pamiętników „Wichry życia”

Prezentowany tu rozdział wspomnień mógł powstać dużo wcześniej jako opracowanie dla IPN-u już w 2019 r. Akurat na tydzień przed tragedią smoleńska dzięki pośrednictwu prof. Janka Żaryna miałem możliwość odbycia ponad godzinnej rozmowy z nieodżałowanym prezesem IPN-u prof. Januszem Kurtyką. Jedną z najważniejszych rzeczy, którą poruszyłem w czasie rozmowy była sprawa macoszego traktowania w książkach i mediach historii studenckiej opozycji patriotycznej, która rywalizowała z michnikowcami o rząd dusz wśród ówczesnej opozycji na uczelniach. Prof. Kurtyka całkowicie zgodził się ze mną, ze jest to sprawa niesłusznie marginalizowana i umówiliśmy się, że w krótkim czasie podejmę ten temat dla IPN-u. (Świadkiem tej rozmowy był prof. J. Żaryn).. Niestety tragiczna śmierć prof. Kurtyki w Smoleńsku i objęcie kierownictwa IPN przez jakże odległego od niego swą mentalnością (pro-platformiarską) Łukasza Kamińskiego przekreśliła wówczas plany realizacji tej propozycji. Teraz nadrabiam zwłokę.

Podziały w opozycji uniwersyteckiej

W latach 1965 -1966 doszło do jednoznacznego podziału w kręgach uniwersyteckiej opozycji wobec władzy. Wtedy wyłonił się odrębny nurt patriotycznej opozycji, jednoznacznie różniący się z dominującą dotąd opozycją michnikowców. Nasz nurt opozycyjny przeciwnicy nazywali „bogoojczyźnianą opozycją’, co nam wcale nie przeszkadzało. Myśmy mówili o michnikowcach dużo bardziej złośliwie „kominternowcy”, zarzucając im, że dalej, pomimo zerwania ze Stalinem, czule pielęgnują bardzo wielką część idei komunistycznych, od Lenina począwszy. (Dla nas już wtedy Lenin był tylko zbrodniarzem). Główną przyczyną zerwania z michnikowcami była postawa dużej części spośród nich, nacechowana skrajną nienawiścią do Kościoła katolickiego, który dla nas był głównym źródłem otuchy i nadziei na zmiany w Polsce. Szczególną, wręcz fanatyczną niechęcią do Kościoła, z a zwłaszcza personalnie wobec Kościoła katolickiego, personalnie do Prymasa Tysiąclecia Stefana kardynała Wyszyńskiego „wyróżniał się” personalnie Adam Michnik, o czym dziś ciągle za mało się pamięta. Przypomnijmy fakty.

Michnikowcy przedstawiali Prymasa Stefana Wyszyńskiego jako anachronicznego wstecznika i popierali ideologiczną wojnę PZPR przeciw Kościołowi. Nawet w najostrzejszym punkcie tej wojny po ogłoszeniu „Listu biskupów” w 1965 roku Michnik „wsławił się” gwałtownym atakiem na kardynała Wyszyńskiego na łamach ateistycznych „Argumentów”. Atakiem, który jak przyznał po latach odzwierciedlał „głębię myśli kompletnego troglodyty”. (Podkr.- J.R.N.) (Por. A.Michnik, J. Tischner, J. Żakowski: „między Panem a Plebanem“, Warszawa 1995,s.73). Trzeba przyznać, że to samokrytyczne spostrzeżenie Michnika było jedną z niewielu jego prawdziwie trafnych ocen po 1989 r. Czasem rzeczywiście przypominał duchowego troglodytę. Już w 1977 r. Michnik krytycznie ocenił w wydanej w Paryżu książce „Kościół, lewica, dialog” (s.61) swój udział w potępianiu listu biskupów polskich w 1965 roku: „w tym nieprzyzwoitym spektaklu sam wziąłem udział i na samo wspomnienie rumienię się ze wstydu. Wstydzę się swojej głupoty (…)”. W innych częściach tej książki (ss.31 i 139) Michnik tak pisał o swoim środowisku lewicy laickiej: „Popieraliśmy politykę represji, często okrutnych, widząc w niej drogę o „nowego wspaniałego świata”, oskarżaliśmy Kościół o reakcyjność i wszystkie inne grzech główne (podkr.- J.R.N.), nie bacząc na to, że w atmosferze totalitarnego zniewolenia Kościół bronił prawdy, godności i wolności człowieka (…) Tradycyjnie przywykliśmy sądzić, ze religijność i Kościół to synonimy wstecznictwa i tępego Ciemnogrodu. Z tej perspektywy wzrost indyferentyzmu religijnego traktowany był przez nas jako naturalny sojusznik umysłowego i moralnego postępu. Pogląd taki… sam byłem jego wyznawcą- uważam za fałszywy (…).”.
Warto uważnie przeczytać tę „samokrytykę” Michnika, gdyż cała linia „Gazety Wyborczej” od 1989 r. była i jest faktycznym bardzo zręcznym i dużo lepiej zakamuflowanym rozwinięciem tej samej postawy antykościelnej i antyreligijnej, za którą tak się kajał na pokaz w powyższej wypowiedzi. Faktem jest, że w połowie lat sześćdziesiątych Michnik jeszcze nawet nie próbował ukrywać tego, iż uważa, że „wszystko, co pochodzi od episkopatu katolickiego jest reakcyjne, nacjonalistyczne i perfidne” (jak przypomniał w interesującym szkicu o Michniku Adam Krzemiński na łamach „Polityki” z 18 maja 1989 roku.).
Nic dziwnego, że nie mogliśmy dłużej współpracować z ludźmi głoszącymi tak fanatyczne antyreligijne poglądy i stopniowo się od nich całkowicie odseparowaliśmy. Michnik nigdy nie przyznał nam jednak racji, nawet po latach. Za to umieścił mnie i innego członka naszej grupy patriotycznej Antka Zambrowskiego na opublikowanej w „Gazecie Wyborczej” długiej liście swych wrogów.

Poprzednicy michnikowców – walterowcy

Warto przypomnieć, że opozycyjna grupa michnikowców wywodziła się w wielkiej mierze z młodzieżowej organizacji tzw. walterowców powstałej w 1954 r. i nazwanej od pseudonimu gen. Karola Świerczewskiego (Waltera) Kręgiem Walterowskim. Później organizacja ta już w ramach Związku Harcerstwa Polskiego, reaktywowanego w 1956 r. , przechrzczona została na tzw. Hufiec Walterowski. Organizacja ta od początku miała na celu kopiowanie sowieckich wzorców wbrew narodowym tradycjom polskiego harcerstwa. Dążyli do stworzenia w Polsce drużyn młodzieżowych, na wzór sowieckiej Organizacji Pionierskiej im. W.I. Lenina. Ich guru był Jacek Kuroń, który już 30 listopada 1956 r. pisał na łamach „Drużyny” : „My "walterowcy", jesteśmy komunistami i dlatego nasze wychowanie jest komunistyczne. Czy w ogóle w naszym kraju budującym komunizm można wychowywać inaczej? Naszym zdaniem protesty przeciw wychowaniu komunistycznemu - to jakieś wielkie nieporozumienie”. Już dwa lata poźniej walterowcy w liście do Naczelnej Rady Harcerskiej donosili, skarżąc się na „niebezpieczne tendencje wychowawcze”: „Drugi typ gawęd opiera sie na niepełnej tradycji II wojny światowej (Szare Szeregi, powstanie warszawskie, Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie)..W połączeniu z brakiem pracy nad wyjaśnieniem trudnych problemów współczesności”.
Trzeba przyznać, że walterowcy wybrali sobie dość szczególnego patrona. Generał „Walter” (Karol Świerczewski był przez wiele lat agentem NKWD. Po wojnie jako wiceminister obrony narodowej był odpowiedzialny za liczne pospiesznie sfabrykowane wyroki śmierci na AK-owcach. Do najbardziej znanych walterowców należeli obok Kuronia: Adam Michnik, Seweryn Blumsztajn, Jan Lityński, Józef Chajn. Warto tu dodać informację o stosunkowo najmniej znanej z nich personie Józefie Chajnie. Był on. synem jednego z najobrzydliwszych przedstawicieli żydokomuny w Polsce. Był synem komunistycznego polityka, który jako wiceminister sprawiedliwości w latach 1945-1949 był szczególnie bezwzględnym niszczycielem demokracji i uczciwości w wymiarze sprawiedliwości.
. Część walterowców była skrajnie antypolska. Bronisław Wildstein przypomniał w swym dłuższym książkowym wywiadzie, że : „Walterowcy śpiewali o Budionnym, który dorzynał białych i „polskich panów”..(Podkr.- J.R.N.) (Por. B. Wildstein: „Niepokorny”- rozmowa Michała Karnowskiego i Piotra Zaremby z B. Wildsteinem, Warszawa 2012, s.98). Niektórzy walterowcy pozostali antypolscy po dziś dzień. Dość przypomnieć choćby osławionego Seweryna Blumsztajna, któremu nadano ksywę „Pier…, nie rodzę”, od użytego przezeń w marcu 2012 r. dość obrzydliwego określenia. Przypomnę, że Blumsztajn 8 marca 1991 r .napisał w „Gazecie Wyborczej” :„ Przez setki lat Żyd nie był traktowany w Polsce jako bliźni i przez ogromną część społeczeństwa był tak traktowany w czasie okupacji”. Pozwolę sobie określić to stwierdzenie Blumsztajna mianem wyjątkowo nikczemnej łobuzerii umysłowej, po której żaden Polak nie powinien temu gamoniowi podawać reki. Dość przypomnieć, że przez kilka stuleci Polska była jedynym schronieniem dla Żydów, uciekających od prześladowań z całej Europy. Stąd w XVIII –wiecznej Wielkiej Encyklopedii Francuskiej, redagowanej skądinąd przez ludzi nieprzychylnych Polsce, nazwano nasz kraj „rajem dla Żydów”.Słynny krakowski myśliciel żydowski rabin Mojżesz Isserless pisał w XVI wieku, że jeśliby Bóg nie dał Żydom właśnie Polski jako schronienia, „los Żydów byłby rzeczywiście nie do zniesienia”. (Cyt. za żydowskim historykiem B.Weinrybem: “The Jews of Poland”, Philadelphia 1972,s.166). W monumentalnym dziele innego żydowskiego historyka Barnetta Litvinoffa “The Burning Bush. Antisemitism and Word History”, (London 1988,s.92) czytamy ,że : „Prawdopodobnie Polska ocaliła Żydów przed wytępieniem, ocaliła od zupełnego zaniku”. (Podkr.- J.R.N.)

I taki nikczemny oszczerca Polski jak S. Blumsztajn w 2006 r. został redaktorem naczelnym warszawskiego dodatku lokalnego („Gazety Stołecznej ”)., a w 2012 roku objął funkcję prezesa zarządu Towarzystwa Dziennikarskiego. Bardzo się dziwię, że takiego kalumniatora Polski prezydent Lech Kaczyński odznaczył w 2006 r. Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Za co? Czy w kancelarii Prezydenta Polski nikt nie przyjrzał się antypolskim wyczynom Blumsztajna.. A potem w efekcie w 2008 roku Blumsztajn order ten zwrócił po wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego odnoszącej się do części działaczy opozycji wypowiedzi, która zdaniem Blumsztajna znieważała dorobek, historię i symbole opozycji demokratycznej i „Solidarności I po co dano Blumsztajnowi okazję do takiego gestu ? Czy Polacy są masochistami?!

Znany historyk z IPN-u Piotr Szubarczyk tak skomentował na portalu „Wolnej Polski” z 1 marca 2012 r. jedną z najohydniejszych antynarodowych wypowiedzi Blumsztajna: „We wtorkowej "Gazecie Wyborczej" ukazał się „komentarz" Seweryna Blumsztajna „Zostawcie tych żołnierzy", skierowany przeciwko tym, których ustawa Sejmu RP nazwała w zeszłym roku Żołnierzami Wyklętymi, ustanawiając 1 marca Dniem Narodowej Pamięci o nich (…)_Blumsztajn pisze z nieukrywaną złością o "żałobnikach smoleńskich", o "skrajnie nacjonalistycznej prawicy", o "patriotycznych kibolach" i "nieodzownym profesorze Janie Żarynie". Nie podoba mu się, że głośno manifestujemy przywiązanie do Polski, nazywa to "patriotycznym wrzaskiem i szmirą, historycznym prostactwem". Cóż, nie byliśmy walterowcami, tak jak Blumsztajn, nie nosiliśmy sowieckich chamskich czuwajek zamiast polskiej lilijki harcerskiej. Nie ta tradycja! (…) Czy to się Blumsztajnowi podoba, czy nie, jesteśmy świadkami narodowego odrodzenia, które już nigdy więcej nie da się nabrać na "dziedzictwo" walterowców, naprawiaczy komunizmu i ich mętną "dialektykę marksistowską".
Z kolei red. Stanisław Michalkiewicz wspominał w tekście „Wrogowie polskiej niepodległości” na łamach krakowskiego „Dziennika Polskiego ” z 9 listopada 2011 r.: „Lewica jednak po staremu jest do niepodległości Polski usposobiona wrogo, czego wyrazem jest próba zablokowania Marszu Niepodległości już przez trzecie pokolenie tych moskiewskich psiaków - m.in. cierpiącego na bolszewicką wściekliznę potomka Wandy Nowickiej - których inspiruje Żyd, były walterowiec, Seweryn Blumsztajn”.

Adam Michnik wspominał po latach: „Nie umiem bez sentymentu myśleć o tej gromadce dziewcząt i chłopców, która latem 1958 roku, w czerwonych chustach, nawiedzała chłopskie zagrody śpiewając piosenki po rosyjsku i żydowsku. Było w tym jakieś bezczelne wyzwanie rzucone potocznej mentalności, było też jakieś głębokie niezrozumienie pokaleczonej narodowej pamięci, ale była tez i ta cudowna aura zbratania, dzięki której nikt z nas nie czuł się w tym gronie intruzem”. (Cyt. za: A. Michnik i In.: „miedzy…op.cit.,s.56). Ksiądz J.Tischner skomentował te słowa Michnika :”Kiedy wyobrażam sobie to lato 1958 roku i tych biednych chłopów, którzy dopiero co odzyskali ziemię, bo jeszcze dwa lata wcześniej byli zrównani z ziemią, i pewnie po prostu bali się przegnać was kijami (podkr.- J.R.N.), to mam uczucie mieszane”. (Por.tamże,s. 56).
Antek Zambrowski napisał 10 listopada 2003 r. w tekście „Sprawa komandosów”, publikowanym na łamach bardzo ciekawego portalu asme (skrót od Antysocjalistyczne Mazowsze) o walterowcach m.in.: ´Do tego hufca z lekkim sercem wysłało swe dzieci wielu działaczy komunistycznych, zwłaszcza żydowskiego pochodzenia Po jakimś czasie władze partyjne spacyfikowały ZHP, narzuciły mu swe kierownictwo ideowe i organizacyjne oraz zrobiły porządek z hufcem walterowskim. Gdy oburzony tym Jacek Kuroń przeszedł do opozycji antypartyjnej, pociągnął za sobą wielu swych wychowanków - walterowców. Skutek był taki, że gdy 3 marca 1968 roku grono komandosów pod przewodnictwem Jacka Kuronia podjęło decyzję o organizacji wiecu na Uniwersytecie w dniu 8 marca, uczestniczący w tym zebraniu mój kolega zwierzył mi się po jakimś czasie, iż w życiu nie widział tylu Żydów naraz”, (Podkr.- J.R.N.).


Rodowód Adama Michnika
Na zachowania i ideologię michnikowców w niemałym stopniu wpłynęła postawa ich lidera Adama Michnika. Sam Michnik kiedyś potrafił szczerze wyznać o środowisku, w którym wyrósł w katolickim czasopiśmie „Powściągliwość i Praca”)( nr 6 z 1988 r.) : „Jak na pewno wiecie, środowiskiem,. z którego pochodzę, jest liberalna żydokomuna. (Podkr-J.R.N.)To jest żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami”. Wspominał: „Moja biografia nie jest typowa dla Polaków. Pochodzę z rodziny całkowicie spolonizowanych Żydów, którzy polonizowali się przyjmując komunizm. Był to rodzaj czerwonej asymilacji i dlatego ja, mając klasyczne emocje narodowe Polaka, nie miałem kla­sycznego odwołania się do narodowych symboli. Normalnie, w polskiej rodzinie, młodego chłopca prowadzono do kościoła katolickiego. Ja byłem wychowany w sposób całkowicie bezreligijny. Zwykle domową legendą był udział w antyhitlerowskiej Armii Kra­jowej, albo w jakichś powstaniach narodowych. Ja tego w sposób tak ścisły w domu nie miałemMój ojciec był bardzo znanym działaczem komuni­stycznej partii przed wojną… cała jego kultura umysłowa, to była kultura marksizmu leninizm”. Z braku miejsca nie będę bardziej szczegółowo opisywał danych o komunistycznej rodzinie Michnika, przedstawionych już przez mnie szczegółowo w książce „Czarny Leksykon”, (Warszawa 1998,ss.151-156).Przypomnę tylko, że jego ojciec Ozjasz Szechter ,członek KC Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, dążącej do rozbicia Polski, w 1934 r. był skazany za zdradę kraju przez polski sąd .Matka Michnika- Helena w latach stalinowskich wypisywała niezwykle podłe antyreligijne teksty w podręczniku szkolnym.. Przyrodni brat A. Michnika Stefan Michnik, był stalinowskim „mordercą sądowym”, bez wahania szafującym wyrokami śmierci w ówczesnych sfabrykowanych procesach politycznych.
Wychowany w skrajnie komunistycznym otoczeniu mały Michnik początkowo bez reszty żył bolszewickimi ideałami. W rozmowie z ks. J. Tischnerem i J. Żakowskim wspominał po latach jak zareagował na śmierć Stalina jako mały chłopak: „ Pamiętam nawet rok 1953, śmierć Stalina. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego mój ojciec nie podziela straszliwej rozpaczy, która ogarnęła całe społeczeństwo. Nie włączył się do powszechnej żałoby i okropnie mnie tym wkurzał”. (Cyt. za : A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski: „między Panem a Plebanem”, Warszawa 2995, s.45). Nie wiadomo, kiedy samemu Michnikowi przeszło upojenie kultem Stalina. Wiadomo za to, że jeszcze w wieku czternastu lat wziął udział w manifestacji antyamerykańskiej. Jak sam wspominał : „Kiedy się zaczęła amerykańska inwazja w Zatoce Świń, przeciwko komunistycznej Kubie, poszedłem pod ambasadę amerykańską, żeby zobaczyć jakąś organizowaną przez partię demonstrację protestacyjną. Mój ojciec wtedy o mało nie oszalał. Krzyczał : „Gówniarzem jesteś. Trzeba było iść pod sowiecka ambasadę, żeby protestować przeciw inwazji na Węgry”. Pamiętam jego wściekłość, że dałem się użyć dla brudnej sprawy”.(Podkr.-J.R.N.) (Cyt. za : A. Michnik i in.: „między…op..cit ,s.52.). No cóż antyamerykańskość w owym czasie równała się z prosowieckością. Tertium non datur. Ciekawe, że mówiąc o sobie Michnik przyznawał, że przed marcem 1968 r. „byłem właściwie narodowym nihilistą”. (Cyt. za: A. Michnik i in.: „między…op.cit.,s.91). Ciekawe, że jeszcze w 1975 r. Michnik pod pseudonimem A. Zagozda wystąpił we „Więzi”(nr 9 z 1975 r.) w obronie najsłynniejszej przeciwniczki niepodległości Polski Róży Luksemburg. Tej, co mawiała: „Niech nam dadzą spokój z Niepodległą Polską" .

Andrzej Mencwel w 1968 r. o korzeniach antypatriotycznej „klitki”

Już w połowie lat 60-tych widać było wyraźne zręby ukształtowanej w oderwaniu od Narodu egoistycznej elitki” (najpierw walterowców, a później michnikowców), przygotowywanej w separacji od większości społeczeństwa do rządzenia i dyrygowania w sposób kastowy. Świetnie sportretował oblicze tej kastowej „klitki” doskonale ją znający Andrzej Mencwel (dziś bardzo znany lewicowy profesor historii literatury, eseista i publicysta). Oto, co pisał na jej temat w maszynopisie sporządzonym w lipcu 1968 r. w okresie przebywania w areszcie śledczym m.in.: „Między Aleją Róż a Parkową, w centrum Warszawy, pośród rządowych gmachów, w sąsiedztwie ambasad i cichego szumu ministerialnych limuzyn sunących gładkimi jezdniami najlepiej wyasfaltowanych ulic stolicy, w kamienicach, w których sama lista lokatorów mogłaby skromnego prowincjusza, gdyby nie miał on odrobiny ironicznego dystansu wobec rzeczywistości, przyprawić o zawrót głowy, rośli w spokoju i ciszy, w mieszkaniach nie mających nic wspólnego z normalnymi standardami przyszli „raczkujący rewizjoniści" (…)Kiedy podrośli na chwałę dzielnicy, a więc i na chwałę Rzeczpospolitej (bo chwała dzielnicy była chwałą Rzeczypospolitej), poszli do szkół również będących chwałą dzielnicy, a zatem chwałą Rzeczypospolitej, oraz wcielono ich do harcerstwa także rzec by można dzielnicowego, bo specjalnego - postanowiono bowiem zrobić z nich duchowe dzieci generała Waltera. Ponieważ jednak generał Walter był tylko symbolem, dzieło konkretnej realizacji tych zadań wziął na siebie znany harcmistrz, takoż do specjalnych zadań przeznaczony, a mianowicie Jacek Kuroń. Były to dziwne szkoły i było to dziwne harcerstwo. Z urywków wspomnień i strzępków opowiadań wyłania się obraz świata nie przystający bynajmniej do potocznych wyobrażeń. W szkołach tych przede wszystkim nie natykamy się na nazwiska uczniów, które nie byłyby znaczącymi nazwiskami rodziców; spotyka się w nich dzieci elity partyjnej, administracyjnej, dziennikarskiej. (…) Gdy zdawali maturę znali więc lepiej życiorys Róży Luksemburg, niż historię Sejmu Wielkiego; (…) pod szkołę zajeżdżały rządowe limuzyny, w znaczniejszych kłopotach pomagały kolegom wysokie interwencje, nim jeszcze dorośli do tych praw obywatelskich, które wiążą się z otrzymaniem dowodu osobistego, już otrzymywali, w drodze najwyższych ułatwień paszporty zagraniczne. Jednocześnie tworzyli owe specjalne oddziały „czerwonego harcerstwa”(..) system wakacji zorganizowano im również w specjalny sposób. Czy to w kraju, czy za granicą, spędzali je w ekskluzywnych enklawach pozostających w gestii pewnego dzielnicowego urzędu, enklawy te zaś były na tyle dobrze zorganizowane, aby nikomu nie stwarzać żadnych problemów życiowych, były też na tyle ekskluzywne, żeby nikt nie wszedł w nich przypadkiem w bliższy kontakt z jakimkolwiek normalnym człowiekiem. (…) elementy polityki wraz ze współtworzącą je atmosferą odcinały dzielnicę od autentycznej więzi ze społeczeństwem. Należała do nich przede wszystkim nieufność wobec tak patriotycznej części społeczeństwa, jak i patriotycznej tradycji, nieufność ta i związana z nią walka rozpinała się między zawartością szkolnych podręczników a praktykami pewnego, złej sławy departamentu. Były to tendencje samobójcze - w społeczeństwie mającym za sobą dwieście bez mała lat niewoli i tradycji niepodległościowej różnych odcieni, zerwać usiłowały najważniejsze, o jego istocie stanowiące spoiwo, toteż musiały skończyć się nie czym innym, jak pogłębiającą się izolacją dzielnicy, zwłaszcza od czasów, gdy oczywiste błędy tej polityki zaczęły być naprawiane. Była to po drugie, absurdalna polityka prowadzona wobec religii; w kraju, w którym ostatnie przynajmniej dwieście lat splotły ze sobą los religii i los narodu, w sposób niesłychanie skomplikowany (jako, że zaborcy byli na ogół innowiercami), antykatolicki przymus obracał się swym drugim ostrzem przeciwko jego twórcom, pogłębiając ich społeczną izolację. Wreszcie, po trzecie wszczynając znaną hecę z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym, odcięto od wpływu na praktykę polityczną tę grupę wewnątrz partii, która najmocniej z realiami kraju i społeczeństwa była związana. Było to więcej niż polityczna ślepota, był to polityczny egoizm najgorszej proweniencji. W wytworzonej społecznej' próżni autorzy tej polityki, podświadomie lękając się własnych poczynań, kultywowali uniwersalistyczną mitologię komunistyczną, której ostatnie pogłosy znajdziemy w "Liście otwartym" (opozycyjny list J. Kuronia i K. Modzelewskiego- J.R.N)- nie pojawiło się w niej w ogóle pojęcie narodu, jej wydętym do demonicznych wymiarów wrogiem okazywała się być religia. Każdy odcień związków z tym, co było najgłębszą rzeczywistością tego społeczeństwa, a więc z jego poczuciem narodowym, z jego tradycją religijną, z jego ruchami radykalnymi wreszcie był tropiony ze szczególną zaciekłością przez urzędowych ideologów (wielu z nich odnajdziemy dzisiaj pośród najbardziej hałaśliwych "liberałów") lub przez mocodawców osławionego departamentu (…) tu wkraczamy w następny zespół uwarunkowań. Dzielnica była w przeważającej większości pochodzenia żydowskiego. Wywodząc się na ogół ze środowiska żydowskiego proletariatu i drobnomieszczaństwa, które jedyną szansę swojej emancypacji widziało w akcesie do ruchu komunistycznego, wychowana ponadto w szkole stalinowskiego Kominternu, (…) wyrosło pokolenie kalekich dzieci, które samo słowo "Żyd" brały za objaw antysemityzmu i dla którego samo słowo "naród" budziło podejrzenie o nacjonalizm”. (Podkr.- J.R.N.). (Cyt.za ::Sypiąc. Zeznania i rozważania, „Brulion”,1992,zesz.19A,,s.75=76,78,79,
80).

Pozbawieni etyki i przykazań Dekalogu

Wielka część naszych znajomych z tzw. opozycyjnej lewicy laickiej była całkowicie pozbawiona jakikolwiek zasad etycznych i nie stosowała się do przykazań Dekalogu. Zabrakło im wychowania religijnego w starych komunistycznych lub lewackich domach i byli pod tym względem ogromnie zubożeni. Dość typowy pod tym względem był napompowany jak balonik pochwałami przez „Gazetę Wyborczą” jako rzekomy „Autorytet” Jacek Kuroń. Ojciec Kuronia- ateista wychowywał go wyraźnie wbrew przykazaniom Dekalogu. Sam Kuroń wyznawał we wspomnieniowej książce „Wiara i wina”( Warszawa 1989,s.9), że jego ojciec był „nałogowym bezbożnikiem” i nie miał poważania dla żadnych wartości chrześcijańskich. Było nawet wręcz przeciwnie. Jak wspominał Kuroń o ojcu : „Nawet potrafił być dumny jak coś zręcznie ukradłem w sadach otaczających nasz dom”.(Por. tamże,s.5).Jakże to wychowanie było inne od edukacji w typowych domach katolickich, gdzie ojciec małego złodziejaszka złoił by mu solidnie skórę i na zawsze oduczyłby od kradzieży.
Podobne jak Kuroń podejście do przykazań Dekalogu reprezentowali liczni inne przedstawiciele laickiej opozycji. Sam aż nadto dobrze pamiętam historię z 1965 roku, gdy z jednym takim opozycjonistą weszliśmy do znanej księgarni im. Bolesława Prusa na przeciw gmachu Uniwersytetu Warszawskiego. Jak wiadomo ma ona charakter dużego podłużnego pomieszczenia. Gdy wraz z tym znajomym lewicowcem doszliśmy na sam koniec tego pomieszczenia, z parędziesiąt metrów od kasy, do stoiska z książkami socjologicznymi spotkała mnie niesamowita siurpryza. Otóż mój znajomek –opozycjonista zapragnął za darmo zdobyć jakąś bardzo drogą książkę socjologiczną i poprosił, abym go odpowiednio zasłonił przy dokonywaniu kradzieży. Byłem mocno skonsternowany, ale oczywiście nie ułatwiłem realizacji zamysłu potencjalnego złodziejaszka z lewicowego „Salonu”.

Powróćmy jednak do Kuronia. Młody Kuroń grzeszył nie tylko przeciwko siódmemu przekazaniu, ale i przeciw szeregu innym nakazom z Dekalogu., choćby przeciw przykazaniu głoszącemu : „Czcij Ojca Swego i Matkę Swoją Jacek Kuroń z dość zadziwiającą dumą opowiadał kiedyś dla „Vivy” (być może był wtedy akurat „trzeźwym inaczej”) jak to kiedyś zatriumfował w bójce z własnym ojcem: „Bił (ojciec Kuronia- J.R.N.) metodą :w mordę albo kopa. A trzeba pamiętać, że techniką wówczas powszechnie przyjętą było : „połóż się, zdejmij spodnie”
W moim przypadku to nie skutkowało, bo umiałem szybko uciekać z naszego parterowego mieszkania. Kiedyś strzelił mnie w pysk, a ja w niego rzuciłem papierośnicą. Jemu krew rzuciła się do nosa, a ja skoczyłem przez okno. Ojciec za mną „skokiem złodziejskim, czyli takim, że od razu lądujesz na nogach. Ja nie widząc innego wyjścia, rzuciłem mu się pod nogi. On się potknął i pierdyknął łbem w mur i leży nieprzytomny. To ja poszedłem po deszczówkę. Chlusnąłem”. ( Cyt. za rozmową A. Kaplińskiej z J. Kuroniem: Będziesz u mnie król , „Viva” z 18 listopada 2002 r.

Można długo wymieniać również i inne przejawy skrajnego immoralizmu wolnego od Dekalogu Jacka Kuronia. .Bardzo interesujący pisarz, publicysta, doktor habilitowany filozofii, estetyk a także podróżnik, fotograf i malarz Roman Konik pisał o cytowanej już wspomnieniowej książce J.Kuronia „Wiara i wina’: „W tej też książce tkwi ukryty klucz do zrozumienia, dlaczego socjalistyczny dwór tak łatwo znajdował sługusów – Kuroń wspomina, jak to jeżdżąc po kraju z prelekcjami jako walterowiec, wystawiał lewe rachunki, a za otrzymane w ten sposób pieniądze birbantował. Jednak nawet w alkoholowym zamroczeniu musiał widzieć, jeżdżąc po kraju, po której stronie barykady stoi. Podobnie wspomina swoje perypetie z dostaniem się na studia. Wystarczył jeden telefon do członka partii. I tak pryska mit robociarsko-rewolucyjny – pozostaje nostalgia po czasach, gdy się wiodło życie bonzy partyjnego.”. (Por. Wypisy z amnezji narodowej, czyli syndrom kameleona- „Opcja na prawo”,www.opcja na prawo .pl/…)2986-wypisy- z amnezji- narodowej – czyli- syndrom-kameleo.O3.10.20110).
Z kolei jak stwierdzał harcmistrz Stanisław Trepka Kuroń bezczelnie gwałcił postanowienia punktu 10 prawa harcerskiego, zakazującego picia alkoholu tytoniu . Jak pisał harcmistrz Stanisław Trepka „ Przyjęło się bowiem od jego (Kuronia- J.R.N.) czasów, że w Głównej Kwaterze pali się i pije w czasie godzin pracy”. (Por.S.Trepka: Wąlterowska skorupka Kuronia, macierewiczowski „Głos” z lipca 1998 r.).
Antek Zambrowski, przez wiele lat współpracujący w działaniach opozycyjnych z Jackiem Kuroniem, ale różniący się z nim fundamentalnie w poglądach na temat Kościoła i Narodu polskiego, napisał::„Lewica tradycyjnie odrzucała zasady chrześcijańskiej moralności, wiec nie ma co się dziwić, że ich nie przestrzegała. Jacek Kuroń pisał wprawdzie o Dekalogu dla niewierzących, ale były to puste deklaracje bez pokrycia. W życiu codziennym nagminnie zdarzały się jemu i jego przyjaciołom kłamstwa i obłuda”. (Por. A. Zambrowski : Jak się prowadził św. Jacek, „Najwyższy Czas” z 8 września 2006 r.) . Tu znów jako przerywnik dodam barwną story, dobrze ilustrującą brak jakichkolwiek hamulców moralnych u niektórych przedstawicieli tzw. opozycyjnej lewicy laickiej, którą opowiedzieli mi ksiądz prałat Henryk Jankowski i znany badacz najnowszej historii Polski profesor Peter Raina.i To był chyba rok 1989, gdy do Gdańska przyjechała słynna polska milionerka z USA Barbara Piasecka -Johnson, oferując zakup Stoczni Gdańskiej. Zamieszkała w Hotelu Heweliusz (niegdyś siedzibie „Solidarnośći”), położonym na przeciw Dworca. Hotel ten jak wiadomo znajduje się stosunkowo blisko kościoła Św. Brygidy, gdzieś na 600 metrów odległości od niego. Któregoś wieczora Piasecka Johnson bawiła wieczorem na sutym przyjęciu u ks. prałata Jankowskiego w gronie licznych biesiadników. Znalazł się tam też pewien znany lewicowy opozycjonista,. Szybko zapił się wprost niemiłosiernie, korzystając ze znakomitych trunków księdza prałata. Po paru godzinach B. Piasecka- Johnson pożegnała się z biesiadnikami, udając do Hotelu Heweliusz. I wtedy lewicowy opozycjonista, na całkowitym rauszu, odsłonił swą prawdziwą bardzo chciwą naturę. Chełpliwie zapowiedział : „Idę teraz do „Heweliusza”, przelecę Piasecką – Johnson i wystawi mi czek na sto tysięcy dolarów”. I poszedł w kierunku hotelu. Z jego „ambitnego” „zamysłu wyszły jednak nici, bo ochroniarze Piaseckiej- Johnson w ogóle nie wpuścili pijaka do pokoju milionerki. Wyrzucony przez nich pijaczyna był w tak zdezelowanym stanie, że nie zdołał przejść nawet 600 metrów, które oddzielały go od parafii Św. Brygidy, gdzie nocował w gościnie u księdza prałata,. Biedaczyna w końcu całą noc przespał na jakieś niewygodnej m twardej ławce. Tak go pokarał Bóg!
Warto przypomnieć, że młody Kuroń zaczynał swój udział w życiu publicznym jako niezwykle zajadły, wręcz fanatyczny stalinowiec.. Już w 1952 r. – w wieku 18 lat, gdy awansował na pełnomocnika prezydium Zarządu Stołecznego ZMP na Żoliborz stał się prawdziwym postrachem uczniów żoliborskich szkół. W „Gazecie Polskiej” z 18 czerwca 1995 r. zacytowano wspominek znakomitego tłumacza literatury i publicysty Lecha Jęczmyka o „niebezpiecznych działaniach ZMP-owskich Kuronia: „Na Żoliborzu słynny stał się inny incydent. Kuroń chodził po szkołach i wygłaszał pogadanki namawiające m.in. do donosów na rodziców – czy ktoś słucha BBC, itp. Ojciec jednej z dziewcząt, znany pisarz Stanisław Strumph –Wojtkiewicz, kiedy usłyszał o tym, wziął laskę i wybrał się do lokalu ZMP. Tam spytał, który to Kuroń i zaczął go okładać laską. Ten widząc, że to nie przelewki, wyskoczył przez okno. Wtedy okazało się, że Jacek jest człowiekiem zaufanym, wypadł mu z kieszeni pistolet”. (Cyt. za : P. Bączek ;Kandydat wszystkich termosów ,”Gazeta Polska’ z 15 czerwca 1995 r.). Raz jeszcze przypomnę wspominany na tym blogu tekst z kwietnia 1953 r. świetnie ilustrujący stalinowski fanatyzm młodego 19 –letniego Jacka Kuronia. Drukowany na łamach „Politechnika” z 11 kwietnia 1953 r. artykuł Kuronia wzywał do wzmożenia czujności i czystek. Czytamy tam m.in.: „(…) Wzmocnienie Związku Młodzieży Polskiej na naszej uczelni jest równocześnie osłabieniem wroga. Towarzysz Stalin uczy nas, że wróg im słabszy, tym jego uderzenia są boleśniejsze, dlatego równocześnie z poprawą stylu naszej pracy musi się zaostrzyć nasza czujność. I to nie tylko czujność instancji organizacyjnych, ale czujność każdego członka naszej organizacji. Czujność nie polegająca na rejestrowaniu wrogich wystąpień, ale czujność polegająca na wykrywaniu i likwidowaniu wroga”.(Podkr.- J.R.N.)

Później jako przywódca komunistycznego „czerwonego harcerstwa”, tzw. walterowców. Kuroń odegrał bardzo znaczącą rolę w niszczeniu tradycyjnego harcerstwa, usuwaniu harcerskich instruktorów i harcmistrzów ,reprezentujących idee skautingu etc. (Por. szerzej wspomnienia byłego powstańca warszawskiego z Harcerskiego Batalionu „Zośka” ppor. harcmistrza Stanisława Trepki : op.cit.) Kuroń odpowiednio wychował podległych mu walterowców w szkole donosów. Jaki „etos” panował wśród walterowców na co dzień aż nadto wymownie świadczy casus donosu na Hannę Szarzyńską – Rewską („Hankę”, „Renatę”), uczestniczkę zamachu na Kutscherę, a w czasie Powstania Warszawskiego łączniczkę dowódcy 3 kom. Batalionu „Zośka”. Za przywieziony z Paryża prohibit, dostrzeżony w jej domowej bibliotece przez walterowca została posadzona na dwa lata więzienia. (Por.. S. Trepka : op.cit.). Sam Jacek Kuron ma na swym koncie wiele podłych wyczynów, dokonanych w ramach osobistych działań dla „oczyszczenia” harcerstwa z obrońców tradycyjnego modelu tej organizacji. Między innymi doprowadził do wyrzucenia z funkcji komendanta Gdańskiej Chorągwi ZHP Józefa Grzesiaka – Czarnego Harcmistrza, oficera AK, komendanta Szarych Szeregów W Wilnie i b. więźnia Workuty. Warto zobaczyć jak sam Kuroń spowiadał się z tej sprawy .(Por.J. Kuroń; „Wiara i wina’…op.cit., s. 152.). W poświęconym Kuroniowi długim rozdziale „Trzeźwy inaczej” szeroko omawiam dokonywane przez Kuronia czystki w harcerstwie .(Por. J. R. Nowak : „Czarny leksykon”,Warszawa 1998,ss. 95-99).

1 komentarz:

  1. Szanowny Panie Profesorze,

    czy zachciałby Pan napisać co nieco nt. historii roszczeń żydowskich i świeżej, lipcowej konferencji w Jerozolimie ich dotyczącej. Może równierz o wizycie PM Waszczykowskiego w Izraelu, którą odbył kilka dni po ww konferencji ?? Czy ma Pan jakieś bliższe informacje o tym?

    Pozdrawiam,
    Czytelnik

    OdpowiedzUsuń