wtorek, 2 sierpnia 2016

Jak holenderskiego kosmopolitę „nawróciłem” na patriotyzm

Kilka dziesięcioleci temu w latach 60-tych bardzo przyjaźniłem się z młodszą ode mnie o kilka lat hungarystką Jolą J. Była osobą bardzo chłonną intelektualnie i lubiliśmy nawzajem sobie się zwierzać. Robiła to zresztą głównie Jola, ufając mi jako starszemu i dużo bardziej doświadczonemu w różnych sprawach. Miała do mnie takie bezbrzeżne zaufanie, że w pewnej chwili zwierzyła się nawet ze swego wyjątkowo trudnego dylematu. Kochała się już od roku ogromnie mocno w pewnym polskim pisarzu, żyjącym w Niemczech, jak mi mówiła, prawdziwym „Geniuszu”. Nie wie jednak ,co zrobić , bo „Geniusz” wyraźnie jej nie kocha, a więc nie wie, czy może z nim pójść jako pierwszym mężczyzną do łóżka,. Musiałem grzecznie odmówić Joli porady, oświadczając, że w tak ważnej dla niej osobiście sprawie tylko ona sama może podjąć ostateczna decyzje.

Minęło parę lat i Jola zakochała się w kolejnej miłości swego życia – Holendrze Dicku H. Tłumaczyłem po angielsku na jej ślubie w Warszawie. Dużo nagadaliśmy się wówczas .z samym Dickiem. Zaskoczył nas niebywale swą deklaracją, że czuje się „obywatelem świata”, bo różne narody i ojczyzny ,to rzecz bardzo przestarzała, po prostu straszny anachronizm. W kilka tygodni po odjeździe Dicka i jego całej holenderskiej ferajny Jola urządziła wielkie pożegnalne przyjęcie dla grupy najbliższych przyjaciół. Był tam m.in. znany dziennikarz Tadeusz Fredro-Boniecki, późniejszy autor dość kontrowersyjnego wywiadu z mordercą księdza Jerzego Popiełuszki – osławionym kapitanem Piotrowskim. Był również zdolny młody dramaturg i pisarz Jerzy Żurek., wielce zaprzyjaźniona z Jolą młoda dziennikarka Marianna G. I nagle coś mnie jak zwykle podkusiło przy trunkach w czasie pożegnalnych toastów. Zacząłem głośno – pół żartem, pół serio – wyrażać wielkie współczucie dla Joli, że wyjeżdża do takiego kraju jak Holandia, w którym niechybnie bardzo szybko się strasznie zanudzi,. Dla dużo wygodniejszych warunków materialnych w zamożnej Holandii porzuci bowiem kraj bez porównania ciekawszy intelektualnie, choć dużo biedniejszy. Porzuci Polskę, w której „boso, lecz w ostrogach”. Zacząłem się użalać z całej siły nad Jolą, że jedzie oto do kraju, w którym kwitnie najnowocześniejsza technika, różne Philipsy, etc., ale równocześnie najwyraźniej wegetuje kultura wyższego rzędu,. Prawdę mówiąc kiedyś kultura kwitła również w Holandii, żył tam słynny humanista Erazm z Rotterdamu, a później prześwietni malarze typu Rembrandta, Van Dycka, czy Van Eycka, Rubensa itp. Tyle, że to było kilka stuleci temu. A co jest tam teraz? O literaturze holenderskiej faktycznie nic nie słyszymy. Był pod koniec wieku XIX jakiś nudny jak flaki z olejem antykolonialny pisarz Multatuli (Max Havellar). A teraz? Holendrzy nie mają nawet własnej kinematografii, tylko importują filmy z Anglii, Francji, czy Niemiec. Zobacz Jolu mówiłem, jakże inaczej jest na dobrze Ci znanych Węgrzech. Też mają tylko około 10 ml;. ludności jak Holandia, ale o ileż ciekawszą kulturę. Począwszy od słynnej węgierskiej szkoły filmowej (Jancsó, Kósa, Kovács, Sára i in.). A tak wspaniała węgierska poezja, pełna niebywałej wschodniej wyobraźni i symboliki.. Jedziesz Jolu do takiego kraju- mówiłem, gdzie będziesz po prostu usychać z nostalgii do prawdziwej kultury wśród cudów techniki. Zostanie Ci tylko wąchanie tulipanów, oglądanie słynnych wiatraków i krów holenderskich.”.
Bardzo szybko do mych żartobliwych wywodów dołączyli się także inni podochoceni winem biesiadnicy, Razem wymyślaliśmy coraz to nowsze argumenty, dowodzące, jakiż to straszliwy błąd popełnia Jola, wyjeżdżając do swej wyśnionej Holandii. Atmosfera coraz bardziej przypominała scenę ze słynnego obrazu rosyjskiego malarza Nikołaja Repnina: „Kozacy piszący list do sułtana”. Tyle było w naszych wywodach żartobliwości, żywiołowości i nieokiełznania.

Finał całej historii był dość niesamowity. Jola po przybyciu do Holandii opowiedziała cały przebieg pożegnalnego wieczoru Dickowi. I co się okazało?. Tak pyszniący się poczuciem „obywatela świata” Holender poczuł się nagle niezwykle mocno poraniony w swej holenderskiej dumie narodowej. Powiedział Joli, że zaraz wyśle na mój adres cała listę z nazwiskami stu największych Holendrów XX wieku, których my polscy „ignoranci” tak niefortunnie nie znamy. I w taki to prosty sposób niespodziewanie obudziłem w Dicku H. holenderski patriotyzm, długo przytłumiany przez kosmopolityczne mrzonki. Morał z tego – potrzebę patriotyzmu najlepiej widzi się w momencie zagrożenia dla najbardziej nawet przytłumionej dumy narodowej.
W 15 lat potem, w grudniu 1980 r. pojechałem z mego instytutu na dwutygodniowy wyjazd naukowy do Holandii, jako pierwszego w ogóle kraju zachodniego w moim życiu,. Na zmianę wraz z kolegą z mego instytutu chodziliśmy jednego dnia do miejscowych bibliotek, a następnego dnia jechaliśmy na zmianę do Amsterdamu, Hagi, Bredy czy Utrechtu.. Poza tymi kwerendami bibliotecznymi i zwiedzaniem pięknych miast prawdziwie umieraliśmy jednak z nudy. W Polsce owego czasu w najlepsze rozkręcał się cały wielki polityczny karnawał solidarnościowy; akurat w grudniu 1980 r. trwał w najlepsze spór o wolne soboty,. W Holandii natomiast dominowała niebywała nuda polityczna, zupełnie tak jak ostrzegałem Jolę przed wielu laty. Co na przykład włączyliśmy telewizor, by wysłuchać holenderskich „Wiadomości”, to przekonywaliśmy się, że przez parę tygodni wałkowano tam tylko dwa tematy, które w ogóle nie nadawały się nawet na połowę jednodniowej kroniki filmowej. Pierwszy temat wałkowany w holenderskiej telewizji, wciąż z udziałem rozlicznych ekspertów i pseudo ekspertów, skupiał się głównie wokół „niebywale ważnego problemu” grupy ponad 100 Cyganów. Przybyli oni nielegalnie na holenderski terytorium z Belgii i twierdzili, że nie mają żądnych paszportów,. czy dowodów osobistych. A biedni nieudacznicy Holendrzy tygodniami bezradnie deliberowali, nie wiedząc, co w końcu zrobić z takimi intruzami? Drugim „arcypoważnym problemem w holenderskiej telewizji było zastanawianie się jak postępować w stosunku do drzewek wybieranych na choinki,. Pytanie brzmiało, czy można pozwalać na „barbarzyńskie” wycinanie świerków, czy tez należy je wykopywać z korzeniami, aby móc je potem znowu posadzić w ziemi. Szybko stwierdziłem, że obcowanie na co dzień z taką telewizją to nie rzecz na ,moje nerwy,.

Zdarzył się natomiast zabawny epizod, gdy na zaproszenie Joli wraz z kolegą pojechaliśmy do jej i Dicka domu w Groningen. Przez wiele godzin opowiadałem o Polsce i wraz z Jolą i Dickiem wciąż dyskutowaliśmy o polityce. Nagle Dick zaproponował, abyśmy obejrzeli jakiś międzynarodowy mecz futbolowy. – Dość meczów już widziałem- powiedziałem, dużo bardziej zainteresowany kontynuowaniem politycznej dysputy. – „Co to za argument – celnie skontrował mnie Dick. – To tak jak byś raz w życiu przespał się z dziewczyną i uznał, że dalej to już nie potrzeba”.

1 komentarz:

  1. Panie Redaktorze Dobry Wieczór, chcę Panu oznajmić, że kocham nudne życie, w którym nic ciekawego się nie dzieje, żadnych przygód i innych nieszczęść, my Polacy możemy mieć już dość beznadziejnych powstań i rewolt, może zasługujemy na chwilę spokoju, który nie chce nadejść i nie nadejdzie, bo Wolność jest tylko wtedy kiedy się ją samemu wywalczy.
    Pozdrawiam
    Krzysztof

    OdpowiedzUsuń