niedziela, 31 lipca 2016

Polsko – węgierskie małżeństwa

(Fragmenty Pamiętników „Wichry życia”, przygotowywanych do wydania we wrześniu 2016 r)

Osobna, bardzo ciekawa sprawa, to historia licznych polsko-węgierskich małżeństw, które na ogół się źle kończyły, głównie wtedy, gdy mężem był Węgier, a żoną Polka. Jakie były i są tego przyczyny? Otóż wynika to głównie z odwiecznych tradycji węgierskiego patriarchatu, który jeszcze bardziej się nasilił w czasie ponad stuletnich rządów tureckich na wielkich połaciach Węgier. Jeden z moich madziarskich przyjaciół kiedyś żartobliwie mi mówił, że Turcy zostawili Węgrom trzy bardzo dobre rzeczy: bardzo mocną kawę, świetne łaźnie i bardzo dobre panowanie mężczyzn nad kobietami. Efektem tego panowania m.in. było jedno z określeń kobiety na Węgrzech – némber (non ember) czyli nie człowiek. Rzecz charakterystyczna. Jeszcze pod koniec XIX wieku na Węgrzech panował taki oto, dość zadziwiający zwyczaj. Gdy do domu przychodzili goście, to wszystkie kobiety w domu cały czas obsługiwały ich i wszystkich mężczyzn w domu, na stojąco, i dotąd nie siadły same do stołu, aż ci nie najedli się do syta. Z kolei, jak do rodziny wchodziła nowa synowa, to jej teściowa natychmiast przerywała wszelkie własne prace i skupiała się na dyrygowaniu synową, by jak najlepiej obsługiwała męża. Kiedyś znalazłem w bibliotece domowej jednego z moich węgierskich przyjaciół przekład groteskowej wręcz książki szwajcarskiej „Szkoła kochania” (jak wiadomo, w Szwajcarii bardzo długo zwlekano ze zrównaniem kobiet w prawach z mężczyznami, dopuszczeniem ich do wyborów, etc.). Patriarchalny Szwajcar radził kobietom: „Bądźcie dla swoich mężczyzn psychicznym „koszem na śmiecie” – niech w domu na żonach wyładują wszystkie swoje frustracje z pracy.

Nie wyobrażam sobie, by w Polsce kiedykolwiek można było wydać taką brechtę. Tym bardziej, że Polki są dziś kobietami chyba najbardziej wyemancypowanymi w Europie; niektórzy nazywają je „Amerykankami Europy”. (Chodzi tu zresztą o bardzo stare tradycje, sięgające przynajmniej XVII wieku, gdy kobiety bardzo często nawet wodziły rej w polityce i odpowiednio ustawiały swoich mężów. Typowa pod tym względem była słynna wojewodzina bełzka Elżbieta Sieniawska, żona hetmana koronnego A. Sieniawskiego, nazywana „niekoronowaną królową”, „pierwszą damą Rzeczpospolitej”. W jednej z XVII-wiecznych relacji zachował się opis sceny, gdy księżna Sieniawska wzburzona wpadła do komnaty, w której radzili hetmani, wołając: „Wy tu radzicie, a lepiej byście działali, a jeśli wam zbywa na odwadze, to ja wsiądę na koń i wszystko załatwię”. Jędrzej Kitowicz opisywał w swej historii obyczajów XVII wieku, jak to w czasie sejmów żony różnych szlachciców i magnatów siedziały na balkonach i dawały swym mężom znaki, jak mają głosować. Władysław Konopczyński zatytułował nawet swą książkę o XVIII wieku: „Gdy Polska rządziły kobiety”.
tu znów była bardzo duża różnica z potulnymi, zapędzonymi po niemiecku do kuchni i opieki nad dziećmi Węgierkami. Poznałem w życiu kilka tysięcy Węgrów, a utkwiło mi w pamięci jako indywidualności zaledwie z kilkanaście ich partnerek. Były to głównie tłumaczki i polonistki, jak Romana Gimes czy Nina Király, adwokatki jak piękna Erika Perlaki, dziennikarki jak żona Sándora Fekete Marta, czy Żydówki, w których domach wyraźnie dominowały inne standardy. Ze zdumieniem obserwowałem, jak bardzo wiele Węgierek było zapędzonych do kuchni i do obsługiwania męża, i w rezultacie zatracały jakąkolwiek indywidualność, najczęściej z winy mężów. Pamiętam, jak wypłakiwała mi się po latach przy winie niedoszła moja narzeczona Klara, która matka wydała za jakiegoś dyrektora przedsiębiorstwa. Madziar od razu zagonił ją do pracy w domu, nie bacząc na jej własne chęci i uzdolnienia (skończyła architekturę). Dobrze pamiętam pewną scenę w domu bardzo znanego pisarza węgierskiego Ferenca Sánty, autora pięknych, pełnych humanizmu opowieści. Żona Sánty podała kolację, ja opowiadałem o różnych burzliwych sprawach w Polsce. Żona Sánty też chciała posłuchać, na próżno, bo dość grubiańsko odesłał ją do innego pokoju, mówiąc: „Idź spać, boli cię głowa!”. Węgierki, zagonione o stuleci do kuchni, trzeba przyznać, na ogół nie błyszczą inteligencją w porównaniu z błyskotliwymi, często wyróżniającymi się wręcz inteligencją, a na dodatek na ogół urodziwymi Polkami. Nieprzypadkowo chyba sporo wybitnych Węgrów było zauroczonych Polkami, począwszy od przywódcy największego powstania węgierskiego Franciszka II Rakoczego, przez lata rozwijającego wielki romans życia ze wspomnianą wojewodziną bełską – Elżbietą Sieniawską. Z kolei najsłynniejszy XIX-wieczny kompozytor i pianista Ferenc Liszt był przez wiele lat zakochany w Polce, księżnej Karolinie z Iwanowskich Sayn-Wittgenstein. Liszt poświęcił Polkom iście poetycki pomnik w wydanej w Paryżu w 1852 r. książce o Chopinie. W jego parusetstronicowej książce, napisanej po francusku, znalazło się tylko jedno, ale jakże znamienne zdanie po polsku: „Nie ma jak Polki!”. Dodajmy, ze słynny surrealistyczny pisarz węgierski z początków XX wieku Gyula Krudy w swej fantazyjnej „Księdze snów” tłumaczył: „Polkę we śnie widzieć – spotka cię coś rozkosznego!”.

Te różnice w roli i charakterze Polek i Węgierek bardzo mocno odbijały się na losach małżeństw polsko-węgierskich. Jak zaobserwowałem, na ogół bardzo udane są głównie te małżeństwa, gdzie żoną jest Węgierka, a mężem Polak. Odwrotnie na ogół fiaskiem kończą się te małżeństwa polsko-węgierskie, gdzie żoną jest Polka, a mężem Węgier. Lubiłem to na swój sposób, myślę, że dość zabawnie tłumaczyć polskim koleżankom. – „Widzicie – mówiłem- gdy Węgier żeni się z Polką, to następuje obopólne rozczarowanie. Polka nie może znieść na dłużej Węgra, dużo twardszego od przeciętnych polskich mężczyzn. Z kolei Węgier, przyzwyczajony do łagodnych, a bardzo często wręcz potulnych Węgierek, nie może sobie nijak poradzić z umiejącą powiedzieć i przeforsować swoje zdanie Polką. Natomiast dla Polaka dogodnym zaskoczeniem jest miękka i ustępliwa żona węgierska. Z kolei Węgierka z jeszcze większym zaskoczeniem obserwuje, jak bardzo łagodni i delikatni (tu oczywiście mocno przesadzałem!) są polscy mężczyźni, w porównaniu z twardymi Madziarami”. Faktem jest, że miałem możliwość zaobserwować kilka fatalnie dobranych małżeństw polsko-węgierskich z żonami Polkami. Opowiadano mi na przykład, jak wściekali się węgierscy teściowie, słysząc jak Polka Ania na każdym kroku ustawiała ich syna Aronka: „Aronku, przynieś, zanieś, wynieś!”. Na dodatek ciągle przyprawiała mu rogi, co doprowadziło w końcu do rozpadnięcia się z trzaskiem tego stadła. Z kolei inne małżeństwo polskiej dziennikarki z dyrektorem węgierskiego Instytutu Teatralnego skończyło się wręcz skandalem międzynarodowym – Polka oskarżyła swego zbyt patriarchalnego męża wręcz o uciekanie się do rękoczynów!
W latach 70-tych któryś z redaktorów Polskiego Radia zwrócił się do mnie, bym mu podał telefon do jakiegoś małżeństwa polsko-węgierskiego, by mógł na temat takich małżeństw pomówić w osobnym programie telewizji. Natychmiast podałem mu nazwisko żonatego z Polką kierownika katedry filologii węgierskiej prof. Istvána Csaplarosa. Audycja się odbyła, ale miała przebieg bardzo kłopotliwy dla naszego węgierskiego przyjaciela. Był on najwyraźniej mężem – pantoflarzem w swoim domu. Audycja radiowa miała przebieg arcykomiczny. Wszystko dlatego, że żona profesora Csaplarosa nie próbowała w radiu ani na chwilę odejść od swej dominującej roli, wypracowanej w domu przez dziesięciolecia pożycia małżeńskiego. Jak tylko nasz Węgier próbował coś się odezwać w audycji, Csaplarosowa natychmiast mu przerywała, mówiąc: „Tak, tak, Istvanku” i zaczynała swój kolejny, dłuższy monolog kosztem jej męża, całkowicie bezradnego wobec tego tokowania. Biedny stary profesor Csaplaros musiał potem długo znosić swoje śmiechy-chichy swoich studentów i studentek, wciąż powtarzających „Tak, tak Istvanku”, albo złośliwie wychwalających profesorowi jego „przepiękną audycję”. Audycję, o której Csaplaros by jak najchętniej szybko zapomniał.

To, co pisze o węgierskim patriarchacie, jednak już coraz wyraźniej się kończy. Węgierki się coraz bardziej emancypują i zaczynają bardziej stanowczo walczyć o swoją pozycję w małżeństwie. Równocześnie jednak bardzo wzrosła ilość rozwodów na Węgrzech.
Opis małżeństw polsko-węgierskich i dość specyficznej, do niedawna dużo słabszej pozycji kobiety na Węgrzech, chciałbym zakończyć historyjką, ilustrującą dość szczególne obyczaje, panujące w swoim czasie w niektórych środowiskach węgierskich. Barwną opowieścią na ten temat „poczęstował” mnie wiele lat temu znany węgierski historyk literatury i krytyk literacki, profesor Mihály Czine. Historyjka odnosiła się do wybitnego grafika węgierskiego Károlya Koffana, który ze względu na swe poparcie dla działań powstańczych 1956 r. musiał długo ukrywać się w 1957 r. – w okresie strasznych represji rządu Kadara (bywały wtedy wydawane i wykonywane nawet wyroki kary śmierci na niektórych zwolennikach I. Nagya pośród inteligencji). Koffan normalnie mieszkał gdzieś w pięknym mieszkaniu w górzystej części Budapesztu – w Budzie, ale aby się lepiej ukryć, przeniósł się do mieszkania w Peszcie, w robotniczej dzielnicy Buglo. Ze względu na zagrożenie Koffana wytropieniem przez kadarowską policję, tym bardziej szokował fakt, że żona artysty jednak odwiedzała go codziennie w miejscu ukrycia, ryzykując, że wpadną na trop męża. I tu nasuwa się pytanie, dlaczego żona Koffana była tak potrzebna swemu mężowi, że spotykała się codziennie w jego kryjówce, ryzykując jego dekonspirację i uwięzienie. Padały różne odpowiedzi: seks, jedzenie (Madziarzy lubią dobrze zjeść), etc. Czine za każdym razem kiwał przecząco głową, aż wreszcie dawał nieoczekiwaną odpowiedź. Żona artysty jeździła codziennie do drugiej części miasta, aby myć mu nogi. Madziar ogromnie lubił higienę! Niektórzy w tym momencie przypomną pewnie sobie, że zwyczaj mycia nóg mężowi przez żonę istniał kiedyś w dużych środowiskach na Śląsku (pokazał to reżyser Kazimierz Kutz w filmie „Sól ziemi”).

Stracona szansa polskiego geja

Do najzabawniejszych historii z marginesu stosunków polsko-węgierskich należała pewna szokująca „przygoda”, jaka spotkała w Warszawie zdolnego węgierskiego poetę i tłumacza literatury polskiej. Znany on był z dobierania do przekładów szczególnie subtelnych i romantycznych polskich wierszy. Nie bardzo znał jednak plotki z życia warszawskiego salonu. Stąd z łatwością dał się zaprosić do domu jednemu z tłumaczy, należącemu do najagresywniejszych polskich gejów. Wspomniany „homo”, poeta i tłumacz literatury, był już znany w krajach obozu socjalistycznego z agresji seksualnych, po których kolejno wyrzucano go z tamtejszych domów wypoczynkowych dla pisarzy. Agresywny gej zaprosił naszego Madziara na wino i rozmowy o „przyjaźni polsko-węgierskiej”. Wina rzeczywiście nie brakowało, ale przyjaźni polski tłumacz pederasta chciał zafundować Węgrowi o wiele więcej, niż ten potrzebował. Polak miał dość potężne, zwaliste ciało, więc kiedy rzucił się na węgierskiego poetę, ten szybko zorientował się, że to nie przelewki i może się to dlań skończyć prawdziwą katastrofą. Normalnie w takim przypadku ktoś zwymyślałby seksualnego agresora od bydlaków i wyskoczyłby, trzaskając drzwiami. Subtelny węgierski poeta, nie chciał jednak w żadnym razie zakłócić w ten sposób tradycji polsko-węgierskiej przyjaźni. Nie wiedząc, co począć i chcąc jakoś „ochłodzić” nurkującego na niego geja, zaczął rozpaczliwie wołać: „Ja kocham swoją żonę!”. Opowiadał mi dość szczegółowo całą historię swej „przygody”, zwierzając się, jak ostatecznie uratował się z opresji. Przyznam jednak, ze dość groteskowe wydawało mi się apelowanie o poszanowanie czyichś uczuć małżeńskich do rozpalonego erotycznie literata, znanego aż nadto dobrze ze skrajnego cynizmu i immoralizmu. W pewnej chwili nie wytrzymałem i ryknąłem homeryckim śmiechem z całych sił w płucach. Trochę się za to na mnie obraził i później jak mógł unikał już wspominania, jak mało co nie padł dość szczególną ofiarą przyjaźni polsko-węgierskiej.

5 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy artykuł w kontekście kwitnących kontaktów Polski i Węgier. W czasie mojego czerwcowego pobytu z małżonką w Domu Polskim w Budapeszcie również słyszeliśmy komentarze, głównie pań dobrze mówiących po polsku, jak również posługujących tam sióstr, o trudnych relacjach małżeńskich. Dokonana tu analiza wiele wyjaśnia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ember ma 2 znaczenia: czlowiek i dawniej: mezczyzna. w przypadku némber chyba chodzi o to drugie

    OdpowiedzUsuń
  3. Ember znaczy nie tylko człowieka ale i mężczyznę (ale to archaizm) więc z tym némber nie o to chodzi, że to nie człowiek.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak mozna uzywac slowa pederasta wymiennie do slowa gej?

    OdpowiedzUsuń
  5. Węgra wychowuje się trochę metodą kija i marchewki. Najpierw trzeba wziąć go z włosem, trochę posłodzić, a gdy okaże lekceważenie, dać kuksańca albo potraktować go w ten sam sposób. Sam przyjdzie z przeprosinami. U mnie najlepiej sprawdziła się ta druga metoda. Na początku trochę trzeba się poboksować, żeby później było miło. Madziarom wygodnie jest, jeżeli mają wokół siebie uległe kobiety, bo przy tych silniejszych i bardziej niezależnych muszą się trochę napocić. Przy tych drugich zaczynają robić się ciapy, które nie do końca wiedzą, jak mają się zachować. Ale w swojej ciapowatości potrafią być tak urzekający, że nie da się długo na nich gniewać.

    Co do Węgierek, nie wiem, jakie generalnie są. Poznałam zaledwie jedną, ale była tak zahukana, że do dziś nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak potulnym cielęciem można być, będąc kobietą. W towarzystwie mężczyzn zachowywała się, jakby chciała schować się w mysią dziurę, tłumaczyła się ze wszystkiego, nawet mnie próbowała w to wciągać, co strasznie mnie wkurzało i nie polubiłyśmy się za bardzo, z kolei w stosunku do mnie zaczęła zachowywać się, jak stereotypowa teściowa. Za to ja zdołałam w pewnym stopniu podporządkować sobie Madziara, choć cały czas jest nad czym pracować :P. Uczę go, że więcej zyska, jeżeli będzie traktował mnie bardzo dobrze ;). Czasami nie wie, że zachował się niestosownie, dlatego muszę mu to dobitnie uświadomić.

    Swojego Madziara często chwalę, mówię mu, jak go doceniam, jak w niego wierzę, jak jest dla mnie ważny, ale również okazuję zdecydowanie, gdy nie podoba mi się jego zachowanie.

    OdpowiedzUsuń