środa, 27 kwietnia 2016

Jak „podstępem” przeforsowałem na Węgrzech wydanie książki o Powstaniu Warszawskim


(Z pamiętników „Wichry życia )

 Będąc w Ambasadzie, choć niestety nie pracowałem w dziale kultury, dzięki różnym znajomościom i przyjaźniom, namówiłem węgierskich wydawców na wydanie szeregu polskich książek. Szczególnie dumny jestem z fortelu, którym doprowadziłem do wydania na Węgrzech pierwszej ciekawszej książki o Powstaniu Warszawskim pióra Lesława Bartelskiego. O co poszło w tej sprawie? Przez cały pierwszy rok mej pracy ambasadzkiej w 1972 r. wciąż suszyłem głowę mocno zaprzyjaźnionemu ze mną patriotycznemu Węgrowi Endre Bassa, kierownikowi bardzo liczącej się redakcji historycznej w wydawnictwie Kossuth Kiadó. Bassa był świetnym znawcą historii. Został w pewnym momencie nawet przewodniczącym Węgierskiego Towarzystwa Historycznego. Do prawdziwych przyjemności, w związku z jego erudycją, należały więc wspólne godziny deliberowań o historii. W rozmowach z Bassą ciągle wyrzekałem na to, że na Węgrzech  wciąż nie ma ani jednej, choć trochę poważnej książki o Powstaniu Warszawskim. Istnieją tylko nędzne popłuczyny w stylu wydanej w czasach stalinowskich książki „Trzy klęski reakcji polskiej”  Kirchmayera i wydanej dużo później, ale też fatalnej, schematycznej książki Zenona Kliszki o Powstaniu Warszawskim. Przypomniałem, że Kliszkę świeżo wyrzucono na margines życia politycznego, wraz z Gomułką i że dziś wspomina się o nim jako o ograniczonym umysłowo dogmatyku. Czy naprawdę nie stać Węgrów – pytałem – na to, by wydali prawdziwie reprezentatywną książkę o Powstaniu Warszawskim? Podczas gdy my tyle piszemy o historii Węgier i tu powoływałem się na moją książkę "Węgry 1919-1969", która miała świetne recenzje na Węgrzech.
       
   Bassa miał w końcu już szczerze dość mego ciągłego nękania go tym jednym tematem. Pewnego dnia powiedział: „No dobrze, Robert, wydamy Wam książkę o Powstaniu Warszawskim, ale pod jednym warunkiem – nie może być grubsza, niż 200 stron”. Ucieszyłem się, ale potem zacząłem się też trochę martwić. Zdecydowanie najlepszą książką o Powstaniu Warszawskim była książka Borkiewicza, ale miała 500 stron z górą. Zastanawiałem się, jak wybrnąć z sytuacji, aby nie stracić tak ważnej szansy, stworzonej mi przez E. Bassę. Wreszcie trafiła się okazja – znalazłem odpowiednią książkę, właśnie wspomniane „Powstanie Warszawskie” L. Bartelskiego, 200-stronicowe i stosunkowo rzetelne. Zaraz wystąpił jednak jeden szkopuł. Okazało się, że książkę Bartelskiego poprzedza obrzydliwy, ideologiczny wstęp partyjniaka Bohdana Czeszki, bez którego przypuszczalnie byłoby niemożliwe wydanie tej książki w Polsce. We wstępie Czeszko, były żołnierz Armii Ludowej, niemiłosiernie, choć wbrew prawdzie, chłostał Bartelskiego za brak odpowiedniego docenienia wkładu Armii Ludowej w powstańcze walki i rzekome przecenienie bojowego wkładu Armii Krajowej. Na dodatek, Czeszko ostro krytykował Bartelskiego za brak odpowiedniego pokazania sowieckich zbrojnych prób pomocy dla Warszawy. – „Oj, niedobrze” – pomyślałem – znając węgierską, tak uzasadnioną po 1956 r. strachliwość w odniesieniu do wszystkiego, co dotyczyło stosunków z Sowietami. Po przeczytaniu takiego wstępu Czeszki na pewno się przerażą i zastopują wydanie książki. Jak z tego wyjść? Niewiele się zastanawiając, postanowiłem wyrwać  wstęp Czeszki do książki. Było to 16 stron, akurat scalonych ze sobą jako odrębna całość. Udało mi się je wyrwać tak, by nie było to zauważalne. Bassa oddał książkę do tłumaczenia. Książka „Powstanie Warszawskie” i przekład na tyle się spodobały Bassy, że wydano ją w nakładzie 20 tys. egzemplarzy na małe, 10-milionowe Węgry, a więc faktycznie w większym nakładzie, niż w Polsce. Bartelski później publicznie zaakcentował moją zasługę w doprowadzeniu do wydania jego książki na Węgrzech, mówiąc o tym w wywiadzie dla „Słowa – Dziennika Katolickiego” .
    
Warto dodać, że jednak mój fortel ze wstępem Czeszki został w końcu odkryty na Węgrzech. Powiedział mi o tym sam Bassa. Po przetłumaczeniu książki potrzebny był Węgrom jeszcze jeden egzemplarz książki Bartelskiego do skonfrontowania z przekładem. I wtedy natrafiono na nieznany wcześniej tekst wstępu Czeszki. Bassa najwidoczniej uznał tekst książki Bartelskiego za zbyt dobre czytadło, by zablokować taką książkę po jej przełożeniu.  Potem uśmiał się serdecznie z mojego fortelu.

 Czterech panów w delegacji i betonowaty prof. Unger

 Gdzieś w połowie lat  osiemdziesiątych ruszyliśmy kolejny raz na Węgry na obrady wspólnej polsko-węgierskiej  komisji podręcznikowej.  W czasie obrad mieliśmy nawzajem wyłapywać nieścisłości w podręcznikach z historii: Węgrzy w polskich podręcznikach, a my w węgierskich. Z polskiej strony w obradach uczestniczyły cztery osoby: poza mną jako przewodniczącym delegacji słynny później autor „kontrowersyjnych” podręczników Andrzej Leszek Szczęśniak i historyk z Bydgoszczy, później profesor Janusz Rulka, zasłużony w bojach z antypolonizmem. Czwartej osoby nie pamiętam.  Sprawy były bardzo ciekawe i można było delektować się różnymi problemami, jakie pojawiały się w czasie dyskusji. Najbardziej pomocna była węgierska patriotyczna historyk Katalin Szokolai, która od dziesięcioleci zajmowała się polską historią. Niestety w delegacji była nie tylko Szokolai. Najfatalniejsze  problemy dla naszych debat wywoływał przewodniczący węgierskiej delegacji, gburowaty  skrajny dogmatyk  żydowskiego pochodzenia Unger, przepojony uprzedzeniami na temat rzekomego polskiego „nacjonalizmu”, antysemityzmu”, etc Był  przy tym osobiście szczególnie uczulony na polskie poparcie dla  węgierskiej „kontrrewolucji” jak określał powstanie w 1956 r., które wielokroć piętnował w swoich tekstach. Czepiał się dosłownie każdej sprawy z historii XX wieku, uparcie powtarzając w trudnych sprawach stosunków polsko-sowieckiich komunały wyuczone z sowieckich podręczników. W odniesieniu zaś do wcześniejszej  historii Unger z upodobaniem sięgał do schematycznych antypolskich twierdzeń niemieckich i austriackich. Mieliśmy wręcz męczące utarczki dosłownie o byle co. Na dodatek byliśmy  mocno zdegustowani  bardzo zimnym, wręcz niegościnnym przyjęciem zgotowanym nam przez Ungera. Kontrastowało ono z ogromnie  ciepłym ugoszczeniem węgierskiej delegacji  rok przedtem w czasie wspólnych debat w Gnieźnie.
        
    Byliśmy strasznie rozgoryczeni  przyjęciem ze strony węgierskiej, a głównie ze strony szefa ich delegacji betonowatego Ungera. Za dzień mieliśmy podpisać protokół z obrad, a tu jeszcze były dziesiątki  spraw nie uzgodnionych. Podczas  spaceru w pobliskim parku wyrzekaliśmy więc na Ungera co niemiara. I nagle wpadł mi do głowy przedni, jak się okazało pomysł. A wiązał się on z wielce popularną wówczas przepyszną anegdotą na temat czterech panów na delegacji w Moskwie w czasach sławetnego pierwszego sekretarza  KC  KPZR  Jurija Andropowa, poprzednio szefa sowieckiej bezpieki KGB. A oto treść tej anegdoty. Czterej panowie z delegacji  z Polski siedzą sobie wieczorem w wielkim moskiewskim hotelu, i  przy wódce wygadują, co im ślina na język przyniesie. Gros rozmowy stanowi wyrzekanie na reżim, komunizm jako taki, ale przy okazji dostaje  się też Andropowowi i nie żyjącemu już Breżniewowi. Przewodniczący delegacji uznaje, że rozmowa zeszła na zbyt niebezpieczne tory i zaczyna mitygować kolegów: „Panowie, przestańcie w końcu tak wygadywać, bo tu może być podsłuch”.- Coś ty – wołają inni- czemu jesteś taki strachliwy. Przecież w hotelu jest kilkaset pokoi i  nikt nie marnowałyby tak wielkiej sumy pieniędzy na instalowanie wszędzie podsłuchu”.
        
    Przewodniczący delegacji postanowił  pożartować z kolegów i trochę ich postraszyć. W owym czasie na ogół sądzono, że podsłuch jest zainstalowany w kaloryferze lub w żyrandolu. A więc przewodniczący delegacji podchodzi do kaloryfera i mówi: „Panie majorze, poproszę cztery herbaty do pokoju 226 za dziesięć minut!” Mija dziesięć minut i  nagle słychać pukanie do pokoju. Wchodzi  etażna (sprzątająca pokoje na piętrze) i przynosi cztery herbaty. Blady strach  padł na wszystkich  Nie chcieli już  więcej dyskutować i rozeszli się po pokojach. Rano natychmiast po zbudzeniu przewodniczący delegacji  idzie do kolegów.. i nikogo nie zastaje w pokojach. Idzie  na portiernię i pyta o nich. – „Oj niedobrze, odpowiada portierka- wszyscy są już w więzieniu na Łubiance (słynnym więzieniu w Moskwie) – A ja?- pyta kierownik delegacji. Portierka odpowiada: „Pan major kazał powiedzieć, że ma poczucie  humoru!”.

    Akurat dzień przedtem ktoś z nas  opowiedział tę zabawną anegdotę i teraz w parku nasunęła mi ona  odpowiedni pomysł. Cała nasza czwórka mieszkała w  maleńkim hotelu węgierskiego ministerstwa kultury. Tak mały hotel można było więc bez większych kosztów wyposażyć obficie w podsłuchy. Powiedziałem o tym kolegom, radząc, abyśmy natychmiast po powrocie do hoteliku rozpoczęli szczególny typ gadki „Do Chińskiego Luda”- jak to wówczas mawiano. Wszyscy jak jeden mąż mieliśmy  skrajnie wyrzekać na Węgrów, a zwłaszcza Ungera, ze okazali się tak niegościnni. Przypomnimy im, jak my byliśmy gościnni wobec nich rok przedtem w Gnieźnie, i jak jesteśmy teraz rozczarowani. A poza tym to ich upierdliwe upieranie się o najmniejsze nawet drobiazgi w rozmowach o historii.  Powiedzmy więc  od razu, że natychmiast po powrocie do Warszawy napiszemy skargi na  zachowanie węgierskich gospodarzy, że takie nieużytki, i poślijmy tę skargę do przeróżnych instytucji od Ministerstwa Oświaty poprzez Ministerstwo Kultury i Stowarzyszenie Węgierskich  Historyków aż do KC. I zadeklarujmy, że ze względu na tak lodowate przyjęcie w Budapeszcie zrywamy na przyszłość wszystkie kontakty, co nam właściwie zależy?! Zaledwie  wróciliśmy do hoteliku  powyrzekaliśmy sobie długo i donośnie, według  ustalonego scenariusza. A skutek? Następnego dnia o 13-tej  wita nas bardzo sympatycznie szef węgierskiej delegacji Unger przy suto zastawionym stole i wielkiej  ilości butelek węgierskiego wina. Mówi: „Mieliśmy dziś jeszcze uzgodnić ostatnie sprawy przez podpisaniem protokołu. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie ma co marnować czasu, bo wszystko to są drobiazgi i przyjmujemy wszystkie Państwa  poprawki”. Na dodatek dostaliśmy jeszcze tak wiele prezentów na odchodne, jak nigdy przedtem. I niech mnie ktoś jeszcze przekonuje, że w socjalizmie skąpiono grosza na podsłuchy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz