wtorek, 8 marca 2016

Dobroduszniak z ubecką przeszłością

(Fragmenty z pamiętników „Wichry życia”)

Pewną możliwość politycznego wyżycia się pod koniec bardzo nudnych lat 70-tych zapewniał udział w nazbyt rzadkich, niestety, dyskusjach tzw. konserwatorium „Doświadczenie i przyszłość” (DiP-u), zorganizowanym przez Stefana Bratkowskiego. Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP) nadal bardzo mnie hołubił, entuzjastycznie oceniał moje działania dla popularyzowania reformy węgierskiej (Po 1989 r. diametralnie rozeszły się nasze drogi). Od 1979 r. Bratkowski realizował świetny pomysł konserwatorium „Doświadczenie i przyszłość”, do którego wciągnął ze 100 liczących się osób z różnych środowisk. Konserwatorium przygotowywało raporty o różnych „chorych” sprawach ówczesnej Polski. W naszej sytuacji, po wybuchu „Solidarności”, „Doświadczenie i Przyszłość” jakby straciła swą rację bytu. Bratkowski dobrał do niego bowiem zbyt wielu partyjnych kunktatorów, którzy wyraźnie bali się buntowniczej „S”. Dość niemądre było też szukanie przez Bartkowskiego protektoratu M.F. Rakowskiego. W rezultacie wszystkich tych błędów, w końcu „konserwatorium” wyraźnie „siadło”.

Jak niedobry i przypadkowy był dobór ludzi do DiP-u, najlepiej świadczy wciągnięcie do niego ekonomisty profesora W. Herrera, wicedyrektora Instytutu Planowania, człowieka o bardzo nieciekawej przeszłości. Przyznaję, że początkowo bardzo cieszyłem się z poznania tego wielce rozmownego naukowca. Poznałem go latem 1981 roku, właśnie podczas jakiegoś tłumniejszego ze brania wspomnianego konserwatorium „Doświadczenie i Przyszłość”. Bardzo podobało mi się wystąpienie Herrera w dyskusji. W tym czasie byliśmy wszyscy pełni optymizmu co do szans Polski (ropa w Karlinie, etc.). A tymczasem prof. Herrer zmroził nas chłodnym realizmem, ostrzegając: „Nasze nieszczęścia gospodarcze dopiero się rozkręcają”. Herrer mieszkał na Dolnym Mokotowie , dosłownie kilkaset metrów ode mnie. W ciągu kilku lat od 1981 r. odwiedzałem go z dziesięć razy. Jako znany autorytet w sprawach ekonomii, był dla mnie szczególnie interesującym partnerem dyskusji. W moich badaniach instytutowych na temat Węgier po 1956 r. coraz więcej miejsca poświeciłem węgierskiej reformie gospodarczej, a Herrerowi wyraźnie odpowiadały węgierskie rozwiązania. Korzystałem ze spotkań z Herrerem dla przetestowania różnych problemów gospodarki węgierskiej w porównaniu z Polską. Któregoś dnia klimat naszych spotkań zakłócił jednak spór, który po paru godzinach dyskusji mocno się zaostrzył. Poszło nie o gospodarkę, a o ocenę polskiego stalinizmu. Profesor Herrer, taki zdawałoby się „realista” zaczął mnie przekonywać, że w Polsce stalinizm był w istocie bardzo łagodny, „kaszka z mlekiem”, jak mawia Michnik. Gdzie indziej, twierdził Herrer, stalinizm był okrutny – w Rosji, na Węgrzech, Czechosłowacji, Rumunii czy w Albanii! W Polsce natomiast było dużo łagodniej, bo przecież nie stracono Gomułki, a Prymasa Polski nie aresztowano aż do jesieni 1953 r., w odróżnieniu od innych krajów socjalistycznych, gdzie zastosowano okrutne represje wobec Kościoła już w latach 1948-1950. W Polsce nie zrobiono kolektywizacji, tak jak w innych krajach. Ja na to przypomniałem, że w kraju o tak wyniszczonej w czasie wojny inteligencji, jak nigdzie indziej w Europie, i tak represje były szokująco bezwzględne. Przypominałem, jak okrutnie zmiażdżono AK, począwszy od posłania \tysięcy AK-owców na „białe niedźwiedzie” do łagrów. W 1944 roku, poprzez zdradzieckie aresztowania 16-tki przywódców Podziemia w Pruszkowie w 1945 r., po liczne skrytobójcze mordy na PSL-owcach, działalność Bermana, Fejgina czy Brystygierowej, sądowe mordy na oficerach, zabójstwo gen. Fieldorfa, etc. Dyskusja zaogniała się, a co ciekawe, nawet żona prof. Herrera miejscami wspierała moje argumenty. Rozstaliśmy się po tym sporze bez jakiegokolwiek zbliżenia stanowisk. Czułem nawet wielki niesmak i rozgoryczenie, nie rozumiejąc, dlaczego prof. Herrer, taki realista w sprawach gospodarczych, spiera się przy takich bezsensownych brechtach, wybielających stalinizm w Polsce.

Zaledwie w pół roku później wszystko zrozumiałem. Trafiła mi do rąk, wydana przez podziemie książeczka „Więźniowie polityczni w Polsce 1945-1956” Czesława Leopolda i Krzysztofa Lechickiego. Z książeczki tej dowiedziałem się, że mój wielce „dobroduszny i nobliwy” rozmówca sam był aktywnym uczestnikiem stalinizmu w Polsce, i to w jego zbrodniczej formie. Autorzy książeczki pisali na s. 13: „Jednym z najwybitniejszych naczelników wydziałów (w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego – JRN) był major Wiktor Herrer, absolwent ekonomii w Tbilisi, późniejszy profesor i wicedyrektor Instytutu Planowania przy Radzie Ministrów. Prowadził on często śledztwa osobiście”. Kilka stron wcześniej autorzy pisali o tymże Herrerze: „Ilustracją tego uczucia nienawiści funkcjonariuszy UBP żydowskiego pochodzenia do „narodowców’, może być oświadczenie majora bezpieki Wiktora Herrera, naczelnika wydziału w MBP (Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego – JRN), który z pasją mówił: „Zadaniem naszym jest nie tylko zniszczyć was fizycznie, ale my musimy zniszczyć was moralnie w oczach społeczeństwa”.

Później, już w latach 90-tych, dowiedziałem się, że mój „dobroduszny” rozmówca profesor Herrer doszedł w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego aż do rangi podpułkownika i zasłużył się prowadzeniem odpowiednio sfabrykowanych śledztw przeciw AK-owcom. To właśnie on prowadził osławione śledztwo przeciwko jednemu z bohaterów książki „Zośka i Parasol” Aleksandra Kamińskiego, Jankowi Rodowiczowi („Anodzie”), niedawno pośmiertnie odznaczonego Orderem Orła Białego. Janek Rodowicz („Anoda”) należał do największych bohaterów Szarych Szeregów w dobie wojny. Po wojnie, po tylu latach narażania się, w ciągłym zagrożeniu życia, wycofał się z konspiracji i zaczął studia na Politechnice na Wydziale Architektury. Chciał pójść drogą ojca, też profesora Politechniki, nie mieszając się już do żadnej konspiracji. UB nie chciało w to jednak uwierzyć. Bezpieczniacy typu Herrera uważali, że jeżeli ktoś , tak jak „Anoda” był bohaterem w czasie wojny przeciw Niemcom, to może nagle zechcieć znów być bohaterem przeciw Sowietom i UB. Postanowili więc go „zakliuczit dla połnoj jasnsti”. I zrobili to w dość szczególnie wybranym dniu, który dla nas, chrześcijan, jest czasem największych nadziei – w Wigilie Bożego Narodzenia 1948 r. Była to stara metoda komusza, uderzać najboleśniej w dni najświętsze dla Polaków – chrześcijan. Przypomnę, że generała Leopolda Okulickiego zamordowano na Łubiance w Wigilię Bożego Narodzenia 1946 r.
Anodę” aresztowano w Wigilię Bożego Narodzenia 1948 r., a Herrer tak „sprawnie” prowadził śledztwo, że „Anoda” zginął już 7 stycznia 1949 r. Rzekomo miał wyskoczyć oknem z IV piętra Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Wykorzystał w tym celu rzekomo to, że okno było jakoby otwarte – w srogą zimę w styczniu 1949 r. na IV piętrze. Pojawiały się zeznania współwięźniów, dowodzące tego, że to ubecy zamordowano „Anodę”. Dwukrotnie wznawiano śledztwo w tej sprawie w latach 90-tych, przesłuchując m.in. Herrera, bez rezultatu. (Por. szerzej mój tekst o zamordowaniu „Anody” w książce „Zbrodnie UB”, Warszawa 2001, s. 29-30). Pisał o tej sprawie w obszernym artykule nawet dziennikarz „Wyborczej”, Paweł Smoliński, nie podając jednak nazwiska Herrera, a wymieniając tylko jego inicjały i podając, że chodzi o naukowca i autora licznych prac ekonomicznych.

Dla mnie z całej tej sprawy pozostał pewien morał, oparty także na licznych innych sprawach (vide np. casus brata A. Michnika – Stefana Michnika, mordercy sądowego). Jeżeli ktoś stara się także dziś wybielać zbrodniarzy stalinowskich w Polsce, to w 99 procentach albo sam uczestniczył w zbrodniczych praktykach stalinowskich, albo należy do rodziny kata, tak jak A. Michnik.

1 komentarz:

  1. Dzięki serdeczne -za ten i pozostałe teksty.Są rewelacyjne, ciekawe -i potrzebne jak tlen w duszącej się PL. Zwłaszcza najważniejsze są konkrety nt błędów obecn.rządów. Np katastrofa w dziale mediów.
    SzC Boże Autorowi i Patriotom -

    OdpowiedzUsuń