))Zapraszamy na Oficjalną Stronę internetowa Jerzego Roberta Nowaka((

środa, 9 marca 2016

Daniel Rotfeld i Basia Sikorska

(Fragment z pamiętników „Wichry życia”)

Zdecydowanie najbardziej inteligentną i najciekawszą postacią z instytutowej „frakcji żydowskiej” w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych był Adam Daniel Rotfeld. Poznałem go przez swego przyjaciela, Piotra L. i po rekomendacjach Piotra szybko nabrałem do niego maksymalnego zaufania. Mimo, że był od lat członkiem partii, w rozmowach wyrażał poglądy bardzo liberalne, mówiąc o systemie komunistycznym jako o wielkim kretynizmie, który jakoś trzeba przeczekać. (Tym bardziej mnie zdumiało więc, gdy w 2001 r .został wiceministrem spraw zagranicznych, a później ministrem z poręki postkomunistycznej SLD). Daniel był świetnym rozmówcą, wysuwał różne kapitalne teorie. Np. twierdził, że w komunizmie najłatwiej dojść do władzy, będąc twardogłowym politykiem, ale w utrzymaniu władzy na dłużej najbardziej pomaga liberalna droga reform (vide ewolucja J. Kadara z kata Węgrów na popieranego przez większość Węgrów reformatora gospodarczego i rzecznika dialogu). Teoria Daniela miała jednak sporo słabych punktów. ( Vide długoletnie rządy Breżniewa, Ceausescu, Hodży czy Castro). Miałem tak wiele zaufania do Daniela, że wraz z L. . ściągnęliśmy go na spotkanie z przybyłym na krótko do Warszawy w latach 70-tych incognito, słynnym emigracyjnym opozycjonistą Györgyem Gömörim. W 1956 r. był on jednym z głównych organizatorów manifestacji pod pomnik Bema, która dała impuls do węgierskiego powstania narodowego. Pięciogodzinne spotkanie było prawdziwą ucztą duchową, w niemałej mierze dzięki Danielowi, który pokazywał różne sprawy z punktu widzenia eksperta, dużo lepiej od nas znającego układy w PZPR-owskiej władzy. Cały czas dyskutowaliśmy głównie o dalszych perspektywach reżimu, czy komunizm przetrwa do 2000 roku. 
 
Do plusów dyskusji z Danielem należał fakt, że w odróżnieniu od innych członków frakcji żydowskiej, nigdy nie przeczył faktowi nadreprezentacji Żydów w PZPR i bezpiece, a sam chętnie podejmował te tematy. Nie zaprzeczał rozmiarowi okrucieństw i głupot, popełnianych przez żydowskich komunistów w Rosji, Polsce czy na Węgrzech, ale tym chętniej wyliczał nam co ciekawsze żydowskie ofiary zbrodni komunizmu od O. Mandelsztama i I. Babla po E. Ginsburg. Od niego pożyczyłem po raz pierwszy świetne antystalinowskie książki pióra W. Grossmana, E. Ginsburg czy wspomnienia N. Mandelsztam. Wyraźnie był jednak stronniczym w niektórych sprawach. Narzekał, że za mało pisze się w Polsce o przestępstwach granatowej policji, równocześnie absolutnie unikając tematu przestępstw policji żydowskiej wobec Żydów.
Co nas różniło z Danielem to fakt, że już za młodu wstąpił do PZPR-u, nastawiając się na karierę dzięki uczestnictwu w tej partii. Co więcej, tak inteligentny facet gotów był znosić najgorsze nudy dla przyspieszenia swej kariery w kręgach specjalistów od spraw międzynarodowych. Bo jak inaczej określić działania Rotfelda w czymś tak fasadowym i nudziarskim, jak Ruch Obrońców Pokoju, wyjazdy na pseudokonferencje na ten temat. Sam opowiadał, że te konferencje składały się z tych samych, starych wyjadaczy, którzy korzystali z konferencyjnych luksusów. Był wśród nich m. in. jakiś stary sowiecki generał – weteran wojny, jakiś Mongoł, Bułgarka i im podobni darmozjadzi i leserzy. Jak nam opowiadał Rotfeld posiedzeniarze z Ruchu Obrońców Pokoju co roku wygłaszali na spotkaniach te same swoje stare referaty, nie zmieniając nawet przecinka. Nie mogliśmy z Piotrem za nic zrozumieć, czemu Daniel marnuje cenny czas w takim nudnym towarzystwie. A sprawa była prosta. Z działalności w Ruchu Obrońców Pokoju, w którym Daniel z czasem dochrapał się funkcji członka Prezydium Ogólnopolskiego Komitetu Pokoju, wyciągał on niemałe profity. To były atrakcyjne wyjazdy i luksusowe hotele, przyjaźń i protekcja J. Cyrankiewicza etc. I dlatego uznał, że warto się srodze ponudzić dla tego typu splendorów.

Kiedyś Daniel uraczył nas przepiękną historią o tym, jak wyglądał jego wyjazd na jakiś Kongres Obrońców Pokoju do Moskwy na początku lat 60-tych. Przyjechali późnym popołudniem, a już następnego dnia mieli uczestniczyć na Kremlu na wielkim przyjęciu z udziałem samego Nikity Siergiejewa Chruszczowa. Daniel zapytał utrzymującej na piętrze porządek tzw. etażnoj, gdzie można wyczyścić buty. Ona „poradziła” mu, by wystawił je przed drzwi, to mu je ładnie wyczyszczą. Naiwny Daniel posłuchał tej rady i rano okazało się, że jego jedyne buty zostały „sczyszczone” i nie będzie miał w czym iść na kremlowskie przyjęcie. Śmieliśmy się do rozpuku z naiwności Daniela, a najbardziej ja, bo mieszkając nad Bugiem, szybko dowiedziałem się, jak jest za granicą w sowieckim raju. Najpiękniejszy był jednak dalszy ciąg opowieści Rotfelda. By ratować sytuację, udał się z rosyjskim kolegą redaktorem do Uniwermagu (takiego sowieckiego domu towarowego), by poszukać nowych butów. I cóż się okazało – butów w Uniwermagu były tysiące, ale wyłącznie z jednego jedynego numeru, akurat dość dalekiego od tego, co pasowałoby na nogi Daniela. Wreszcie, po długich poszukiwaniach u Rosjan z zaprzyjaźnionej moskiewskiej redakcji Danielowi pożyczono jakieś buty i mógł pójść na przyjęcie. Historia miała jeden wielki plus – Daniel mocno otrzeźwiał z prosowieckich iluzji. A potem, jako bystry obserwator, zbierał kolejne doświadczenia, dość żałosne dla oceny sytuacji w Kraju Rad. Kiedyś np. zaskoczył nas bardzo realistyczną teorią o tym, że czterej najbardziej zaawansowani alkoholicy w naszym Instytucie, to najwyraźniej produkt dłuższego pobytu w ZSSR. I rzeczywiście, wszyscy czterej najwięksi pijusi mieli za sobą całe lata studiów w Moskwie, gdzie panowała taka nastojaszcza nuda, że „bez wódki nie rozbieriosz”. Jeden z tych rozpitych absolwentów rosyjskich studiów W. miał szczególnego pecha z racji swych upojeń. Mianowano go na jakąś funkcję dyplomatyczną w Nowym Jorku. Nie zdążył jednak nawet dolecieć, bo już w samolocie narozrabiał jak pijany zając w amoku alkoholowym i ciupasem zwrócono go do kraju.

Muszę to stwierdzić, ze w czasie pracy w PISM Daniel Rotfeld zawsze zachowywał się wobec mnie bardzo lojalnie. Chciał mnie nawet gdzieś ok. 1975 lub 1976 roku zaprotegować na wyjazd ambasadzki, który dla wielu byłby wyjazdem marzeń. Chodziło o wyjazd na palcówkę do Hiszpanii, z którą świeżo nawiązano kontakty dyplomatyczne, a pierwszym ambasadorem miał być, zaprzyjaźniony z Rotfeldem, Eugeniusz Noworyta. Nauczony doświadczeniami węgierskimi powiedziałem, że w żadnym razie nie chcę jechać do działu politycznego, tylko na attache kulturalnego. Bo tak mógłbym rzeczywiście wiele zrobić dla promocji polskiej kultury. A przy tym bardzo mocno się zanurzyć w hiszpańskiej literaturze i historii. I wtedy Daniel niesamowicie mnie zaskoczył totalnie nową dla mnie informacją: „To ty nie wiesz, Robert, że na Zachód na attache kulturalnych wysyła się wyłącznie ludzi z SB i kontrwywiadu, bo tak mają najłatwiejszą przykrywkę dla wszystkich swoich kontaktów”. Na takie dictum natychmiast zrezygnowałem ze wszystkich pomysłów o dyplomatycznym wyjeździe do Hiszpanii.

 D. Rotfeld a Dobrosielski i Gomułka

Przy całej inteligencji i humorze Daniel miał pewne swoje słabe strony. Było parę dziwnych wątków w jego zachowaniach, których zupełnie nie rozumiałem. Nie mogłem pojąć na przykład tego, że zawsze wybraniał przed nami dyrektora PISM Mariana Dobrosielskiego, nawet wbrew swej małżonce Basi. Dobrosielskiego, o którym mówiono, że osobiście występował fizycznie (był dość mocno zbudowany) przeciwko studentom, manifestującym na uniwerku w marcu 1968 r. (Por. moje uwagi w innej części książki. ). Być może, zachowanie Daniela wynikało głównie z tego, że Dobrosielski umiał, jako dyrektor PISM, dobrze wykorzystać dla siebie zdolności i pracowitość Daniela i hołubił go na zasadzie: „każdy pan ma swego Żyda”. Bardzo dziwiło mnie również to, że Daniel konsekwentnie wybraniał Gomułkę przed naszymi, dość agresywnymi uogólnieniami. Szczególnie wychwalał jego politykę niemiecką – to akurat słusznie, ale jakby przymykał oczy na rozmiary gomułkowskiego szkodnictwa antyreformowego i zbyt wielkie ustępstwa wobec Rosji w latach 60-tych. Najbardziej nie rozumiałem tego Danielowego wybraniania Gomułki w kontekście jego czystek a antyżydowskich w 1967 i 1968 r. 
Mocno zaskoczyło mnie też kiedyś zachowanie Daniela w zupełnie odmiennej sprawie. Kiedyś pokazał mi artykuł we francuskim tygodniku „Le Nouvel Observateur”, szkalujący Kościół katolicki w Polsce za rzekomy antysemityzm. Był to rok 1975. Daniel mocno oburzał się na antykatolickie brechty, zawarte w artykule, przypominając, że sam uratował się tylko dzięki schronieniu w katolickim klasztorze. No to ja zaraz do Daniela: „Napisz do nich list, prostujący kłamstwa”. Ale na to jakoś Daniel się nie zdobył.

Nieco później dowiedziałem się o znacznie mniej przyjemnej stronie charakteru Daniela. Spotkałem się gdzieś po latach ze starym kumplem akademika, repatriantem Antonem Gajewskim, który skończył anglistykę. Jak dowiedział się, że pracuję w PISM-ie, to od razu zapytał mnie, czy znam Adama Daniela Rotfelda. – „Oczywiście, powiedziałem, znam go i przyjaźnię się z nim”. – „Ja też go znam, odpowiedział, ale wspominam jak najgorzej”. O co poszło? Otóż Antoni studiował wraz z Danielem sprawy międzynarodowe. Antoni był dusza człowiek, świetny kolega, ale trochę ciapowaty. I za tę ostatnią cechę charakteru przyszło mu ciężko zapłacić w 1957 r., w czasie zamieszek studenckich w obronie słynnego studenckiego pisma „Po prostu”. Siedział pilnie w bibliotece razem z Rotfeldem, gdy dosłownie na chwilę wyszedł po coś na ulicę. A tam akurat toczyły się zajadłe boje milicji ze studentami. Biednego, Bogu ducha winnego Antona, nagle zgarnięto do suki milicyjnej, a potem oskarżono, że rzucał w milicjantów kamieniami. Na próżno tłumaczył się, że tego dnia przesiadywał w bibliotece. Na próżno poprosił też Rotfelda, by zaświadczył w jego obronie. Daniel odmówił, nie chcąc, jak widać, ryzykować czegokolwiek przez świadczenie na czyjąś rzecz w procesie politycznym. Cóż, Daniel był zawsze bardzo ostrożny. A Antona wyrzucono ze studiów i skazano na ponad rok więzienia. Pozostał mu więc uzasadniony żal do Rotfelda, który, być może, uratowałby go przez proste stwierdzenie faktu.

Muszę przyznać, że po latach mocno rozczarowałem się do „liberała” Rotfelda. Przede wszystkim tym, że zgodził się być wiceministrem, a potem ministrem spraw zagranicznych w postkomunistycznym rządzie Millera. Co prawda, zrobił, jako minister spraw zagranicznych, jedną godną pochwały rzecz, na którą nie zdobył się żaden z jego poprzedników – ani Skubiszewski, ani Geremek, ani mocny tylko w gębie Bartoszewski. Otóż Rotfeld, jako pierwszy minister, zdecydowanie wystąpił przeciwko używaniu w prasie zagranicznej określeń w stylu „polskie obozy zagłady”. Mówił nawet o potrzebie wytaczania procesów za kłamstwa tego typu. I to mu się mocno chwali! Tyle, że za jego ministrowania żadnemu z mediów zagranicznych jakoś nie wytoczono procesu. A sam Daniel później fatalnie zbłaźnił się przy Obamie. Rotfeld nie wyróżnił się oryginalnym podejściem w polityce zagranicznej, kontynuując służalczą politykę MSZ wobec Niemiec i USA. Nie zrobił też praktycznie nic dla zapewnienia obrony prawdy o Polsce na Zachodzie i obrony interesów Polaków na Wschodzie czy Polonii w świecie (zwłaszcza tak dyskryminowanej Polonii w Niemczech). Już jako były minister spraw zagranicznych A. D. Rotfeld odebrał z rąk prezydenta B. Obamy Prezydencki Medal Wolności, pośmiertnie przyznany kurierowi RP Janowi Karskiemu. I wtedy doszło do skrajnej kompromitacji Rotfelda. W trakcie uroczystości prezydent Obama powiedział o „polskim obozie śmierci”. A Rotfeld haniebnie milczał zamiast choć jednym zdaniem sprostować oszczercze słowa Obamy. Naprawiło by to szkodę wyrządzoną Polsce tym oszczerstwem, a zarazem byłoby wielką przysługą w tak trudnej walce w obronie prawdy o Polsce. Były minister spraw zagranicznych Rotfeld wolał jednak nie odzywać się. Po prostu siedział milcząc, „ani be, ani me, ani kukuryku” – jak mawia klasyk L. Wałesa.

28 listopada 2013 r. A. D. Rotfeld zbłaźnił się wyjątkowo mocno jako współautor godzącego w narodowe interesy Polski artykułu: „Koniecznie należy budować Wielką Europę” (Nieobchodimo stroit Bolszuju Jewropu), opublikowanego we wpływowym rosyjskim dzienniku „Kommiersant”. Współautorami artykułu byli b. minister spraw zagranicznych Rosji Igor Iwanow i b. minister obrony Wielkiej Brytanii Desmond Brown. Artykuł był przedrukowany w „Gazecie Wyborczej” pod tytułem „Nowy projekt paneuropejski”. Skandaliczną wymowę tekstu „Kommiersanta”, współ firmowanego przez A .D. Rotfelda w pełni obnażył znakomity historyk i politolog prod. Tadeeusz Marczak, w publikowanym 24 grudnia 2013 r. w „Naszym Dzienniku” artykule: Powrót do paktu Ribbentrop-Mołotow. Według profesora Marczaka przedstawiony w „Kommiersancie” projekt przewidywał utworzenie „Bolszoj Jewropy”, od Norwegii po Turcje i od Portugalii po Rosję”. Zdaniem prof. Marczaka projekt ten zmierzał do „zmiany globalnego układu sił i obalenia prymatu Stanów Zjednoczonych w polityce światowej” dzięki utworzeniu paneuropejskiego bloku kontynentalnego. Jak pisał prof. Marczak: „firmowana przez Iwanowa, Browne’a i Rotfelda Bolszaja Jewropa sprowadza się w istocie do stworzenia osi Moskwa – Berlin” i jest swego rodzaju kontynuacją paktu Ribbentrop-Mołotow. Na koniec swego wielce alarmistycznego tekstu prof. T. Marczak konkludował Spośród trzech autorów Iwanow jest w pełni świadomym reprezentantem rosyjskiego, putinowskiego programu geopolitycznego. Des Browne to raczej beztroski poputczik. Jaką rolę odgrywa w tym spektaklu Adam Rotfeld? I czy ma tego świadomość?” (Podkr.-JRN).

Parę lat temu Daniel strasznie zawiódł mnie jako dawny przyjaciel;. Był indagowany na mój temat przez jakiegoś paszkwilanta z „Wyborczej”. Mógł wystąpić w mojej obronie lub w ogóle odmówić wypowiedzi. Niestety, i on dorzucił swój kamyczek przeciwko mnie. Być może Rotfeld zachowałby się z większą klasą, gdyby dalej żyła zmarła klika lat temu jego żona- Basia Sikorska-Rotfeld, prawdziwe uosobienie taktu i wrażliwości. Byłą praktykującą katoliczką, podobnie jak jej matka, subtelna pani z rodziny inteligenckiej. Basia była przede wszystkim wspaniałą stylistką o romantycznej naturze, świetnie znającą się na literaturze i ogromnie oczytaną. Przez wiele lat była sekretarzem redakcji „Spraw Międzynarodowych” i myślę, że marnowała swe talenty literackie, pracując najczęściej nad nudnymi i suchymi tekstami z problematyki międzynarodowej. Robiła to wszystko jednak chyba z miłości do Daniela, dla którego bardzo dogodne było piastowanie przez żonę funkcji sekretarza redakcji „Spraw Międzynarodowych”. Dzięki temu jego teksty mogły być zawsze drukowane w pierwszej kolejności,. Trzeba dodać, że Basia została panią Rotfeld po dłuższej rywalizacji z Dorą S., niebrzydką i inteligentną Żydówką z Ministerstwa Kultury. Jak Basia wygrała w tej rywalizacji, trudno powiedzieć. Dora wyjechała z Polski na stałe już w połowie lat 60-tych, a Daniel znalazł w Basi wręcz nieocenioną pomoc we wszystkich sprawach. Basia była z gruntu niechętna komunizmowi była dla nas świetną partnerką w wyszydzaniu jego głupot i z pasją piętnowała rozlicznych instytutowych donosicieli i donosicielki.

W marcu 1968 r., gdy już ponad 2 lata pracowałem w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, a Basia dużo dłużej również w redakcji „Spraw Międzynarodowych”, wybraliśmy się przed uniwerek warszawski, by obejrzeć manifestację studencką. Byliśmy ostrożni, nie mieszaliśmy się do tłumu studentów, a stanęliśmy, zdawało się, w bardzo bezpiecznym miejscu w grupie osób na szczycie schodków przy Kościele św. Krzyża. Nagle, w stojącej obok nas grupie, zaczęto wykrzykiwać najostrzejsze okrzyki przeciwko Moczarowi. I oto niespodziewanie, jak spod ziemi, wyłoniła się przy kościele grupa ZOMO-wców i żwawo ruszyła po schodkach w naszą stronę. Na szczęście, zdołaliśmy błyskawicznie przemieścić się do wnętrza kościoła, a jakiś sympatyczny ksiądz (może odezwie się po tej relacji, jeśli żyje), wyprowadził nas zwartą gromadą uciekinierów tylnym wyjściem na Świętokrzyską, gdzie akurat nie było ZOMO-wców. Wspominaliśmy nieraz tamtą chwilę z Basią i mówiliśmy o niesamowitej roli przypadku (tak, jak w filmie Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”). Przecież, gdybyśmy zostali oboje wtedy złapani przez ZOMO, to już nie wykręcilibyśmy się od całej sprawy.”. Basia natomiast wyleciałaby ze „Spraw Międzynarodowych”, a Daniel z Instytutu i partii. Pewnie by też wkrótce wyjechali za granicę, mimo tak wielkiego przywiązania Basi do Polski, bo jednak przez całe życie była zauroczona Danielem. W moim przypadku od razu przypomniano by sobie o moich dawnych studenckich „rozróbach” politycznych, wylano by mnie natychmiast z pracy, a może postanowiono raz na zawsze przykładnie ukarać więzieniem. ZOMO-wcom zabrakło tylko kilku metrów.

W lecie 1981 r. Basia przyłączyła się do założonego wówczas przeze mnie swoistego „babińca” – koła SD w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, była prawdziwą ozdobą naszych zebranek, pełnych złośliwości wobec rządzącej koterii. Nie spotkałem się z nią już nigdy po 1993 roku i nie wiem, jak znosiła działalność swego męża w ramach postkomunistycznego rządu. Chyba sprawiało jej to wiele zgryzot, ale cóż, zawsze była aż nadto podporządkowana swemu bardzo przebojowemu mężowi.

Jeszcze jedno warto koniecznie przypomnieć o Basi Sikorskiej-Rotfeld. Łączyła wielką erudycję i przeróżne talenty (pisała m. in. zabawne wiersze – sam byłem bohaterem jednego z nich) z prześwietnym poczuciem humoru. Obok wielce poważnych lektur znajdowała czas, na przykład, na pożeranie kolejnych tomów z ogromniastej sensacyjnej szpiegowskiej serii książek barwnego francuskiego pisarza De Villiersa. Wymienialiśmy się z Basią świeżo zdobytymi tomami, a potem zaśmiewaliśmy się do rozpuku. De Villiers napisał chyba ze sto tomów książek, opiewających dzielnie walczącego z komunizmem agenta CIA, księcia austriackiego Malko. Po każdej zwycięskiej akcji, książę. Malko odnawiał kolejne skrzydło dawno zrujnowanego pałacu przodków. Dzielny Malko w każdym tomie walczył z komunizmem w innym kraju, od Polski i Węgier, po Kambodżę, Birmę, Kubę i Nikaraguę. Roiło się przy tym od niesamowitych historii, gęsto przetykanych seksem, zupełnie w stylu losów Rafała Królika w przedwojennych powieściach Marczyńskiego. Najbardziej chichotaliśmy z Basią ze wciąż powtarzających się stereotypów damsko-męskich w książkach Villiersa. Na ogół pojawiały się w nich tylko dwa typy kobiet. Jedna, piękna i cnotliwa jak Ligia z „Quo vadis”, była antykomunistyczną sojuszniczką księcia . Malko w walce z siecią KGB-owskiej agentury. Najczęściej ginęła z rąk kobiecego Schwartzcharakteru z książki de Villiersa. Była nim komunistyczna agentka, swego rodzaju wydra seksualna, wyuzdana do nieprzytomności – potrafiła zabijać swych antykomunistycznych przeciwników różnymi sposobami, nawet w czasie największej ekstazy scen miłosnych. Te, trzeba przyznać, de Villiers opisywał z niezwykłą naturalistyczną wprawą. Co było charakterystyczne dla książek de Villiersa?! Potrafił niesamowicie mieszać różne fakty historyczne, np. w książce o powstaniu węgierskim, czy o Polsce, gdzie jest i o AK i o Michniku (którego, o ile pamiętam, de Villiers przedstawił jako kobietę!). Równocześnie jednak de Villiers zaskakiwał doskonałą znajomością topografii opisywanych stolic, od krajów Europy po Azję i Amerykę. Nigdy nie pomylił, na przykład, żadnego skrzyżowania ulic w Warszawie, Budapeszcie czy Moskwie. A warszawscy taksiarze wyróżniali się, według niego, niebywałą sprawnością w handlu czarną walutą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz