wtorek, 3 listopada 2015

Czy zbyt miękki polityk K. M. Ujazdowski zostanie ministrem spraw zagranicznych RP?

    Z przerażeniem przeczytałem niedawno na swoistej giełdzie nazwisk w prasie, że Kazimierz M. Ujazdowski znajduje się wśród trzech osób sugerowanych na ministra spraw zagranicznych RP w przyszłym rządzie PiS-u (obok R. Legutki i W.Waszczykowskiego). Osobiście uważam zwłaszcza na tle tak dobrego kandydata jak europoseł Ryszard Legutko, że Ujazdowski nie ma odpowiednich kwalifikacji akurat na tę tak ważną funkcję, bo jest zbyt miękki. Polska znajduje się dziś w bardzo trudnej sytuacji w Europie, gdzie wyraźnie dominuje prawo silniejszego, a niektóre państwa zachowują się jak niczym nieposkromieni drapieżnicy. W tej sytuacji miękkość Ujazdowskiego nie jest dobrą rękojmią, choćby wobec Niemiec, Przytoczę tu jeden aż nadto wymowny przykład, gdy w sprawach polsko-niemieckich Ujazdowski jeszcze jako minister kultury i dziedzictwa narodowego zachował się zbyt ustępliwie ze szkodą dla polskiej tradycji i polskich narodowych interesów. 


Jak K. M. Ujazdowski poparł przywrócenie pruskiej nazwy, upamiętniającej m.in. zwycięstwo Prus nad wojskami ks. Józefa Poniatowskiego

   Chodzi o sprawę z 2007 roku, gdy włodarz Wrocławia prezydent Rafał Dutkiewicz wraz z ministrem Ujazdowskim skutecznie poparli projekt zmiany nazwy największej hali widowiskowej Wrocławia- tzw. Hali Ludowej (nazwa od 1945 r.) na starą pruską nazwę Hala Stulecia, pochodzącą z 1913 roku. Pretekstem do przywrócenia starej pruskiej nazwy Hali Ludowej stała się sugestia paryskiego biura UNESCO, gdzie składano wniosek o wprowadzenie tej Halę światowego dziedzictwa UNESCO. W biurze UNESCO sugerowano przywrócenie starej nazwy hali jako dużo lepiej znanej za granicą Pomysł błyskawicznie znalazł entuzjastycznych promotorów w proniemieckich środowiskach Wrocławia,. Rej wśród nich wodziła znana z germanofilstwa dziennikarka lokalnej edycji „Gazety Wyborczej” – Beata Maciejewska, głosząc już w tytule jednego z tekstów: „Ta Hala powinna być Stulecia”. Przypomnijmy, że nazwę Hali Stulecia nadano Hali w momencie oddania jej do użytkowania w 1913 r. na cześć zwycięstwa wojsk pruskich w bitwie pod Lipskiem. Uroczystości nadania nazwy były bardzo mocno celebrowane przez pruskich militarystów (było to wszak zaledwie na rok przed wybuchem pierwszej wojny światowej (z udziałem następcy tronu cesarstwa Niemiec Kronprintza Fryderyka Wilhelma Wiktora).
Świętowanie pruskiego zwycięstwa przez Prusaków budzi odmienne, zupełnie nie świąteczne, asocjacje wśród Polaków. Dla nas Polaków bowiem bitwa pod Lipskiem oznaczała ostateczną zagładę armii polskiej, walczącej u boku Napoleona i śmierć jej dowódcy bohaterskiego księcia Józefa Poniatowskiego. Zginął on wówczas od ran, tonąc w odmętach Elstery i wypowiadając słynne ostatnie słowa: „Bóg mi powierzył honor Polaków”. Klęska wojsk polskich obok francuskich w bitwie pod Lipskiem oznaczała zarazem kolejne zniweczenie niepodległościowych nadziei i pogrążenie się w tym silniejszej niewoli pod jarzmem rozbiorców, w tym właśnie hohenzollernowskich Prus. Przywrócenie starej pruskiej nazwy, upamiętniającej stulecie pruskiego triumfu w bitwie pod Lipskiem oznaczało akurat dziś w polskim Wrocławiu swego rodzaju masochizm narodowy – pogodzenie się z nazwą upamiętniającą triumf naszych wrogów i wpadnięcie Polaków w długą beznadziejną niewolę.

    Nic dziwnego w tej sytuacji, że projekt przywrócenia starej pruskiej nazwy wywołał gorące protesty ze strony polskich środowisk patriotycznych we Wrocławiu. Jednym z najdonośniej protestujących był ówczesny wojewoda dolnośląski Krzysztof Grzelczyk, stwierdzając m.in.: „Nie podoba mi się ta nazwa (…) Przypomina o klęsce Napoleona, która okazała się także klęską Polaków(…) Wrocław jest teraz polskim miastem i naszą, nie niemiecką historię, musimy przede wszystkim upamiętniać”.. Wojewoda K. Grzelczyk nie przyjechał później zresztą na uroczystości udekorowania Halik tabliczką UNESCO z nazwą Hali Stulecia. Szczególnie przekonywująco zabrzmiały argumenty przeciw nazwie Hali Stulecia w świetnym artykule Piotra Semki „Wywoływanie pruskich duchów’, publikowanym w ‘Rzeczypospolitej” z 9 czerwca 2007 r. Semka pisał m.in.: „Wiele wskazuje, ze niepostrzeżenie odbywa się swoista amnestia pamięci dla symboliki prusackiej (…) Dlaczego w polskim Wrocławiu mamy wskrzeszać nazwę, przypominającą datę, która dla Polski oznaczała zdradę Napoleona przez Prusy? Datę, która była zapowiedzią klęski Księstwa Warszawskiego, zagłady armii księcia Józefa Poniatowskiego ? Datę ponownego sojuszu Rosji i Prus, dwóch najagresywniejszych mocarstw zaborczych?”

  Wkrótce po tekście Semki protesty przeciw Hali Stulecia zostały spacyfikowane przez wspólny artykuł ówczesnego ministra kultury i dziedzictwa narodowego Kazimierza M. Ujazdowskiego i prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza „Duch wrocławskiego patriotyzmu” („Rzeczpospolita” z 18 czerwca 2007) – tekst jednoznacznie bagatelizujący wszelkie zastrzeżenia wobec przywrócenia starej pruskiej nazwy. Postawie Dutkiewicza nie ma co się dziwić. Od dawna jest on bowiem głównym patronem coraz silniejszego germanofilstwa we Wrocławiu. (Por. szerzej moją ponad 300 stronnicową książkę na ten temat: „Pełzająca germanizacja Wrocławia”, wydaną w Warszawie w 2010 roku). Jak wytłumaczyć jednak tak ustępliwą wobec presji germanofilskich w sprawie przywrócenia pruskiej nazwy postawę K. M. Ujazdowskiego, ówczesnego ministra kultury i dziedzictwa narodowego? Jakże słuszną wydaje się w tej sprawie całkowicie odmienna od Ujazdowskiego postawa ówczesnego wojewody dolnośląskiego Krzysztofa Grzelczyka, który akcentował :”(…) Zmiany nazwy wiążą się często z historią narodów. Tak dzieje się na całym świecie, tak powstają narodowe dziedzictwa, które składają się na wspólne dziedzictwo europejskie. Kultywowanie przez Polaków nazw związanych akurat z pruskim militaryzmem z tak pojmowanym dziedzictwem nie ma wiele wspólnego. Poprzez nazwę (…) oddajemy hołd państwu pruskiemu (…) „ (Cyt. za artykułem P. Semki: Co odzyskiwać z przeszłości, „Rzeczypospolita” z 23 czerwca 2007).


Nonsensowne uogólnienia Ujazdowskiego o Węgrzech Orbána

   Tak wyrozumiały dla niemieckich tradycji historycznych kosztem polskiej pamięci dziejowej „budyń” Ujazdowski zupełnie nie potrafi docenić naszego najlepszego potencjalnego sojusznika w Europie Środkowej – Węgier Orbána. Przypomnijmy, że 18 lutego 2015 r. Ujazdowski zamieścił na internetowym portalu „w polityce” bardzo niemądry tekst o Węgrzech pt. ”Fascynacja Orbánem była nieporozumieniem”. Stwierdził tam m.in.:Myśl o tym,  że można skopiować politykę Orbana w Polsce była od początku niedorzecznością i świadczyła o niesamodzielności intelektualnej. Węgry mają inne problemy i interesy niż Polska, korzystają np. z efektywnej protekcji Niemiec”. Tekst ten był wyrazem skrajnej niedorzeczności i ignorancji p. Ujazdowskiego w odniesieniu do sytuacji w Europie Środkowej. Węgry Orbána nie tylko nie korzystały z protekcji Niemiec, lecz były obiektem ciągłych ataków czołowych niemieckich polityków. Odsyłam w tej sprawie do kilku stronnicowego rozdziałku : „Ataki na Orbána w Niemczech w ostatnich latach” w mojej książce ‘Węgierska droga do zwycięstwa” (Warszawa 2015, t. II, ss.161-164).Polecam również źródłowy tekst świetnego znawcy problematyki niemieckiej prof. Tadeusza Marczaka: Odwaga polityka, „Nasz Dziennik” z 28-29 września 2013 r. opisujący rozliczne przykłady ostrego karcenia premiera Orbána w Niemczech. Cały drugi tom mojej wspomnianej książki poświęcony jest właśnie opisowi węgierskich rozwiązań, które warto kopiować w Polsce. Nie uważam też, żebyśmy mieli inne niż Węgry interesy w oporze przeciw dyktatowi paru najsilniejszych państw w UE i niektórych brutalnych luminarzy Unii typu Martina Schulza, nieprzypadkowo nazwanego kiedyś „kapo” przez S. Berlusconiego. Tym bardziej zadziwia kolejne stwierdzenie Ujazdowskiego – 27 sierpnia 2015 w wywiadzie „dla sieci” z 27 sierpnia 2015: W polityce zagranicznej nie widzę niestety punktów zbieżnych”. Czy mam przypominać tu choćby taki punkt zbieżny jak solidarny opór państw grupy wyszehradzkiej wobec dyktatu Niemiec w sprawie napływu emigrantów, z którego tak zdradziecko wyłamała się p. Kopacz ?

   Jednym z największych atutów przyszłej zagranicznej polityki Polski za rządów PiS-u może i powinno być umocnienie współdziałania państw grupy wyszehradzkiej w imię obrony ich wspólnych narodowych interesów. Czy taką politykę będzie mógł skutecznie realizować Kazimierz M. Ujazdowski, polityk z tak wielkimi uprzedzeniami wobec premiera Węgier Viktora Orbána i z taką ignorancją złożonych spraw naszego regionu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz