wtorek, 17 lutego 2015

Jak Dorota Kania zafałszowała wymowę moich akt z IPN-u

Jak Dorota Kania zafałszowała wymowę moich akt z IPN-u
      
      Oskarżam Dorotę Kanię o świadome oczernienie wizerunku mojej osoby na forum publicznym - w publikowanym we "Wprost" z 16 września 2007 r. paszkwilu "Agent u Rydzyka". D. Kania, przejawiając maksimum złej woli, świadomie zafałszowała wymowę moich akt w IPN-ie, aby dowieść mojej rzekomej agenturalnej działalności wbrew informacjom zawartym w dokumentacji IPN -u. Co więcej, jako ówczesna dziennikarka "Wprost " dokonała tych wszystkich zafałszowań z zemsty za publikowane tuż przed jej paszkwilem moje artykuły demaskujące antynarodowe i antykościelne publikacje "Wprost", w tym szefa Kani red. naczelnego "Wprost" Stanisława Janeckiego.
Przypomnijmy fakty. W lipcu 2007 r. na lamach tygodnika "Wprost", redagowanego przez S. Janeckiego,ukazały się atakujące Radio Maryja i O. Tadeusza Rydzyka osławione "Taśmy Rydzyka". W odpowiedzi na nie począwszy od 12 lipca 2007 r. opublikowałem na łamach "Naszego Dziennika" sześć artykułów piętnujących antykatolicką i antypatriotyczną publicystykę "Wprost". Trzy z nich były poświęcone walce "Wprost" z Kościołem, a trzy atakom "Wprost" na polski patriotyzm i polskie tradycje narodowe. Najczarniejszym negatywnym "bohaterem" moich tekstów był ówczesny redaktor naczelny "Wprost" Stanisław Janecki. W tej sytuacji wyraźnie widać przyczyny podjętego we "Wprost" wkrótce po moich artykułach niezwykle oszczerczego ataku przeciwko mnie.
Już 16 września 2007 na łamach "Wprost" ukazał się paszkwilancki tekst Doroty Kani na mój temat pt. "Agent u Rydzyka". Z tekstu dowiadujemy się, że SB zarejestrowała mnie w 1970 r. jako kontakt operacyjny. Jak wiadomo można było kogoś zarejestrować jako tzw. kontakt operacyjny bez jego jakiejkolwiek wiedzy. Sam nigdy nie wiedziałem o takim zarejestrowaniu mojej osoby, nie podpisywałem też żadnego zobowiązania o współpracy z SB. Nie jest możliwe znalezienie takiego zobowiązania z mojej strony, bo go nigdy nie było. Nawet zastępca naczelnego "Wprost" Grzegorz Pawelczyk przyznał w rozmowie z dziennikarzem "Rzeczypospolitej" (nr z 10 września 2007 r., że:
"W dokumentach zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej nie ma zobowiązania do współpracy" (mojego-JRN). Nie ma też dowodów jakichkolwiek świadczeń dla mnie z tej okazji, bo ich nie było i być nie mogło. W wydanej w 2009 r. książce IPN: "Marzec 1968 w dokumentach MSW Kronika wydarzeń część I", s.39 znajdujemy adnotację: "Wg. zachowanych dokumentów SB miał być zarejestrowany przez Wydział II Departamentu III MSW jako KO ps. "Tadeusz" (1970), w trakcie kilku rozmów z nim "nie uzyskano informacji mających wartość operacyjną" (1970-1971). (Podkr. - JRN). Zapytuję więc, na jakiej zasadzie D. Kania nazwała mnie "agentem", jeśli nie uzyskano ode mnie żadnych informacji mających wartość operacyjną ".
Na s. 34 akt IPN (BU OO 1043)1742) czytamy notatkę na mój temat z dnia 27 stycznia 1972 r.: "z rozmowy tej jak i z dalszych z nim spotkań nie uzyskano informacji mających znaczenie operacyjne". Kania tę tak niewygodną dla jej celów informację MSW całkowicie przemilczała.
Na s. 60 wspomnianych akt czytamy notatkę na mój temat z dnia 30 października 1975 r.: "odbyto z nim kilka spotkań, w czasie, których nie przekazał opracowania na temat trockizmu i innych istotnych informacji". I tę informację MSW Kania całkowicie przemilczała.
Na s. 9 wspomnianych akt czytamy o mnie notatkę informacyjną z 17 maja 1978 - wg. powodu d. elimin. -brak możliw. operac.
Artykuł Kani we "Wprost" zaczynał się od ordynarnego kłamstwa i kończył się ordynarnym kłamstwem Pierwsze zdanie tekstu Kani na mój temat we "Wprost" brzmiało: "Zaciekle bronił abp. Stanisława Wielgusa, oskarżanego o współpracę z SB". Otóż nigdy zaciekle nie broniłem abp. S. Wielgusa, nie pisałem w ogóle nic na ten temat. Skąd wzięła D. Kania to kłamstwo?
Końcowe dwa zdania tekstu Kani na mój temat brzmiały: "W mediach o. Tadeusza Rydzyka zasłynął żarliwą obroną agentów komunistycznej bezpieki m. in. abp. Stanisława Wielgusa. Znajdujące się w archiwach IPN materiały w dużej mierze tłumaczą jego postawę". Pytanie, skąd Kania wytrzasnęła swe kolejne kłamstwo o mojej "żarliwej obronie agentów komunistycznej bezpieki". Niech da, choć jeden przykład takiej mojej postawy. Można dowiedzieć się za to czegoś wręcz przeciwnego- to ja w swoim czasie zainicjowałem wśród intelektualnych środowisk radiomaryjnych list w obronie IPN- u, na rzecz lustracji. Piętnując paszkwil Kani w tekście "Podłe oszczerstwa "Wprost" ("Nasz Dziennik" z 12 września 2007) przypomniałem: "To ja opracowałem publikowany przed pół rokiem na łamach "Naszego Dziennika" list otwarty domagający się gruntownej lustracji, dekomunizacji i dezubekizacji oraz pozbawienia wysokich emerytur wszystkich splamionych udziałem w prześladowaniach politycznych doby PRL, od oficerów UB po sędziów i prokuratorów".
Gdy IPN został zaatakowany przez kręgi oficjalne, wystąpiłem w Radiu Maryja ze zdecydowaną obroną IPN-u. D. Kania pisze: "Rok później (tj. w 1971 r.- JRN) (...) Nowak sam się zgłosił do SB i wyraził chęć współpracy na terenie Węgier". Skąd D. Kania wytrzasnęła to kolejne kłamstwo o tym, że sam zgłosiłem się do SB, gdzie ma jakikolwiek dokument na ten temat powstały w jej tak płodnej w kłamstwa chorej wyobraźni?


Pytam, po co miałbym mieć chęć współpracowania z SB, gdy byłem jako naukowiec wręcz fanatycznym "pracusiem" i właśnie w latach 1970-1971 równocześnie przygotowywałem do obrony doktorat (pierwszy w PISM) 588-stronnicowy o Węgrzech, książkę "Węgry 1939-1969" (ok.200 stron) i książkę o Hiszpanii od 1939 r. (340 stron). Obie te książki wyszły w 1972 roku. Dodajmy do tego artykuły, m.in. skonfiskowany przez cenzurę w 1971 r. w "Polityce" 30-stronnicowy artykuł o Albanii. W ciągu dwóch lat: 1970-1971 napisałem, więc minimum 1158 stron. I w takiej sytuacji, tak wiele pisząc i przygotowując się na dodatek do tak ważnej dla naukowca sprawy jak obrona pracy doktorskiej (broniłem ją w lutym 1972 r.), miałem jeszcze ochotniczo zgłosić się do współpracy z SB! Tylko absolutny bęcwał mógłby uwierzyć w oszczerstwa tego typu.
Zapytam dalej, co robiłem w ramach swej rzekomej współpracy z SB, na kogo donosiłem? Proszę podać fakty, konkrety, których nie można podać, bo takiej współpracy nigdy nie było. Wręcz przeciwnie, to ja byłem przez wiele lat inwigilowany, osaczany, cenzurowany, blokowany w karierze zawodowej, blokowany przy próbach wyjazdu na Zachód. Jeszcze 19 kwietnia 1979 r. Urząd miasta stołecznego Warszawy odrzucił mój wniosek o przyznanie mi dewiz na wyjazd do Francji i do grudnia 1980 r. nie wyjechałem na Zachód. Mieszkanie w bloku (M3) otrzymałem zaś dopiero w 1978 r., a więc w 7 lat po zaczęciu rzekomej współpracy z SB.
W paszkwilu Kani można znaleźć uwagi tylko o dwóch mało skądinąd ważnych informacjach, jakie rzekomo przekazałem SB. Pierwsza, że przekazałem jakoby SB informację, że 14-19 grudnia 1970 r. przebywałem w Baranowie Sandomierskim jako tłumacz spotkania polsko-węgierskiego. Była to rzeczywiście niezwykle cenna informacja wywiadowcza, godna Klossa i Maty Hari! Przecież ja tłumaczyłem w Baranowie na polecenie dyrektora PISM R. Frelka, a ze strony PISM uczestniczyła w rozmowach część osób ideologicznego Zakładu PISM- tzw. Wschód- Zachód, powiązanego z MSW. Tak, że każda z osób z tego Zakładu mogła "donieść" cenne odkrycie, że byłem tam tłumaczem! Drugą informacją miało być jakoby to, że informowałem także o sytuacji w MSZ, w którym "oczekuje się zmian kadrowych". Znów nadzwyczaj cenna informacja wywiadowcza - że po buncie robotników z Wybrzeża w MSZ-cie "oczekuje się zmian kadrowych". Przecież było to niebywale sensacyjne wręcz odkrycie, na wagę złota, którym na pewno esbecy mi płacili. Co najlepsze w tym przypadku D. Kania "twórczo rozwinęła" fałszując informacje zawarte w notatce SB z 21 grudnia 1970 r. esbek pisał tam o moich uwagach na temat sytuacji w PISM. Kania zmieniła to na sytuację w MSZ.(!) I dodała, że esbek zlecił mi zdobycie informacji odnośnie wypowiedzi pracowników w sprawie planowanych zmian w MSZ i zwrócenie uwagi na negatywne postawy w resorcie oraz w PISM". Otóż w notatce esbeka nie ma żadnego zdania o MSZ, jest tylko mowa o PISM-ie. Jak ocenić dokonane przez Kanię dopisanie nieistniejących rzeczy do urzędowego bądź, co bądź dokumentu z archiwów IPN -u? Prawdziwą groteską było sugerowanie przez Kanię, że mnie pracownikowi PISM, bez reszty zanurzonemu w pracy naukowej powierzono tropienie "negatywnych postaw w resorcie" (MSZ) Ja miałem je tropić w sytuacji, gdy w samym MSZ były setki agentów, można powiedzieć, że siedział agent przy agencie. Co zabawniejsze tego typu informacje miałem zbierać ja, zanurzony bez reszty w pracy i znający może 4-5 osób w MSZ-cie. Przecież ja miałem mniej znajomości i wiedzy o układach w MSZ-cie niż 90 proc. innych pracowników naukowych PISM-u. Przecież w naszym Instytucie aż roiło się od różnych synów, zięciów i innych pociotków luminarzy PRL-u, którzy MSZ dużo lepiej znali ode mnie. A jeśli chodzi o sam PISM (Polski Instytut Spraw Międzynarodowych) nie ma, bo nie może być żadnej mojej notatki atakującej jakiekolwiek "negatywne politycznie postawy" w PISM-ie, czy poszczególne osoby. Nie było takich notatek, bo przeczyłoby to moim ideałom, nie było, choć mam łatwość pisania. Jakże, więc sam według Kani ochotniczo zgłosiłem się w 1971 r. do SB i nic nie robiłem, by gorliwie wypełniać nową rolę. Parokrotnie Kania cytowała różne materiały SB sugerujące operacyjne wykorzystanie mojej osoby (w 1974 i w 1976 r.), tyle, że nie dała żadnego najmniejszego nawet dowodu na to, że byłem gotów w tym uczestniczyć. Ciekawe, co wynikło dla MSW z przeprowadzanych ze mną rozmów, poza tym, że nie przyniosły żadnych, ale to żadnych informacji "mających wartość operacyjną". Na pewno pracownicy MSW mocno "dokształcili się" na temat Węgier, stosunków węgiersko-niemieckich i literatury węgierskiej, którymi ich przynudzałem. Kania o tym nic nie pisze w swym paszkwilu, więc przypomnę za notatką MSW z 7 lutego 1970 r. Esbek pisał o mnie: "Zapytany, czym aktualnie zajmuje się w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, odrzekł, że (...) prowadzi badania stosunków węgiersko-niemieckich (...) JR Nowak w rozmowie na tematy zawodowe był bardzo wylewny, w sposób szczegółowy i drobiazgowo potrafi scharakteryzować zakres wykonywanej pracy (...) Jest bardzo rozmowny, posiada łatwość nawiązywania rozmowy. Najbardziej odpowiada mu temat zagadnień historii, a zwłaszcza stosunków węgiersko-niemieckich oraz literatury węgierskiej".
D. Kania jako "lustratorka" okazała się bardzo niechlujna w swych zapisach. Np. informując o donosie na mnie ze stronny jakiegoś Greka podała, że informacja na ten temat dotarła w październiku 1972 - w rzeczywistości donos na mnie omawiany był w notatce z 18 listopada 1974 r., a więc w ponad 2 lata później. Samo przytoczenie tego donosu jest kolejnym przykładem złej woli D. Kani, która chętnie przytacza przeciw mnie oszczerstwa na temat moich rzekomych związków z marginesem społecznym, by mnie lepiej pogrążyć. Przytacza, co następuje: "Nowak, pracownik jednej z polskich placówek w Budapeszcie, jest powiązany z marginesem społecznym, trudni się handlem walutą i posiada dwa samochody". Na ten temat wyszło z ambasady w dniu 8 grudnia 1974 r. sprostowanie pracownika o pseudonimie Drop. Zacytowała z niego tylko stwierdzenia: "Odnoszę wrażenie, że inspiratorem tego typu informacji mogą być środowiska syjonistyczne z Polski lub Węgier (...) ponieważ (...) dr Nowak jest bardzo wrażliwy na wszelkie przejawy kosmopolityzmu żydowskiego". Równocześnie Kania pominęła samą istotę tego sprostowania, tak, że w czytelniku mogła utrzymać się sugestia, że Nowak miał związki z marginesem społecznym i handlował walutą. Drop pisał: "Zarzut postawiony w zapytaniu absolutnie nie pasował do osoby dr. J. R. Nowaka (...)
1) Dr J. R. Nowak nie posiadał żadnego samochodu osobowego, nie ma prawa do prowadzenia samochodu i nie posiada żadnego zainteresowania do samochodów. Jest antytalentem w sprawach motoryzacyjnych.
2) Postawiony jest zarzut, że utrzymywał szerokie kontakty z marginesem społecznym(...) Dr J. R. Nowak utrzymywał bardzo rozległe kontakty w środowiskach twórczych.(...)Można śmiało stwierdzić, że wszyscy razem wzięci pracownicy ambasady nie maja tyle kontaktów, co on jeden utrzymywał. (...) Dorobkiem wyniesionym z Budapesztu przez Dr J.R,. Nowaka były książki, na co przeznaczył prawie wszystkie swoje oszczędności".


Jakie mogły być hipotetyczne motywy mojej rzekomej współpracy z SB?


Jednym z hipotetycznych motywów mogło być zastraszenie mnie przez SB groźbą wyrzucenia z pracy w PISM- ie. Na ten temat nie ma jednak żadnych informacji w aktach IPN -u. O tym, ze taka groźba nie byłaby zaś skuteczna wobec mnie świadczy wcześniejszy fakt z 1969 r. Wystąpiłem wówczas bardzo stanowczo jako świadek obrony na procesie Antka Zambrowskiego, choć w ówczesnej sytuacji mogło to zakończyć się moim wyrzuceniem z PISM-u. Mam w swym archiwum oświadczenie A. Zambrowskiego, wyrażające podziękowanie za ówczesne moje zachowanie w sądzie, dowodzące mojej odwagi.
Być może oszczercy będą tłumaczyli moją rzekomą współpracę z SB chęcią wyjazdu na placówkę dyplomatyczną do Węgier. Tyle, że z taką propozycją wystąpił znający moje prace o Węgrzech ambasador w Budapeszcie T. Hanuszek, a gorąco poparł ją ówczesny dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w którym pracowałem. Wyjechałem tam 9 miesięcy później niż mi proponowali, gdyż chciałem najpierw obronić doktorat. Jakby mi tak zależało na pracy na placówce za wszelka cenę, to przecież robiłbym wszystko, aby utrzymać się na niej do końca przez cały 4-letni, typowy okres pracy dyplomatycznej. A ja , jak na złość, zrobiłem wielki psikus ambasadzie i MSZ, juz po dwóch latach, zgłaszając wniosek o odejście z ambasady (Wyjechałem po 2 latach i 4 miesiącach pracy zamiast przewidywanego terminu 4 lat). Porzuciłem piękne 4-pokojowe mieszkanie, wynajmowane przez ambasadę na Górze Gellerta, by dalej przez 4 lata, do 1979 roku, wynajmować różne mieszkania w Warszawie. Porzuciłem dobrze opłacaną wówczas pracę w ambasadzie, by powrócić do dużo gorzej opłacanej pracy pracownika naukowego. Miałem po prostu już szczerze dość sytuacji, gdy moje notatki, pokazujące realia o Węgrzech (m. in. siłę tamtejszego komunistycznego antypolonizmu w książkach i prasie, nagłaśniania najgłupszych dogmatycznych stereotypów o "faszystowskiej II RP") były blokowane przez szefa po maturze. (Ja już wówczas byłem po doktoracie). Miałem również dość takiej sytuacji, gdy okazało się, że w całej ambasadzie w Budapeszcie na 14 pracowników miało być zaledwie dwóch specjalistów znających język węgierski, w tym ja. Bo nawet na attaché prasowego w stopniu radcy przysłano jakiegoś partyjniaka z Ruchu Obrońców Pokoju, niemającego pojęcia o węgierskim. Attaché prasowy bez znajomości języka – oto, jakie były szokujące realia ambasady w Budapeszcie, które mnie szczerze zmierziły!


Gdybym był agentem, jak insynuuje Kania?!
Gdybym współpracował z SB jak insynuuje Kania, to na pewno zachowywałbym się diametralnie odmiennie po 1989r. Nie należałbym do najbardziej konsekwentnych krytyków "grubej kreski", nie występowałbym ciągle (jest na to dość przykładów) od 1989 r. na rzecz gruntownych rozliczeń z komunizmem i lustracji. Przecież bardzo łatwo opublikowano by wtedy różne kwity na mój temat, tak jak zrobiono wobec doradcy J. Olszewskiego - Zdzisława Najdera o ksywie "Zapalniczka".


Wśród innych fałszów D. Kani na mój temat znalazło się m. in. podle kłamstwo, iż" W czasach Jerzego Urbana próbowałem zostać wiceszefem Komitetu ds. Radia i Telewizji". Istnieje dość dowodów na to, że z J. Urbanem szczerze nie znosiliśmy się przynajmniej od 1970r., gdy musiał przeprosić mnie w "Polityce za splagiatowanie szeregu informacji o Węgrzech w jego artykule "Moda na bratanka". W grudniu 1981 r. na Forum Dziennikarzy na Foksal bardzo ostro skrytykowałem Urbana za jego kłamstwa propagandowe. W 1988 r. cenzura zatrzymała mój tekst w "Konfrontacjach", głównie z powodu zdania krytycznego o Urbanie. Sam Urban zwierza sie w jednej z książek, że wystąpił przeciwno mnie zakulisowo w związku z moimi atakami na antypolski paszkwil György Spiró. Jak można w ogóle insynuować, ze chciałem współpracować z Urbanem, który był zawsze dla mnie symbolem antypolonizmu?! Faktem jest natomiast, że starałem się na zlecenie przewodniczącego SD J. Jóźwiaka w rozmowie z A. Drawiczem, a nie Urbanem, o stanowisko wiceszefa Telewizji i Radia dla p. Leśniaka, b. członka władz SD. Zasadnicza różnica, jak widać.
Świadome zafałszowanie wymowy moich akt w IPN-ie przez Dorotę Kanię zdyskwalifikowało ją moralnie jako dziennikarkę i jako człowieka, zhańbiło jej profesję. Swymi fałszami przyniosła niewymierne szkody obrazowi mojej osoby na forum publicznym. Wystarczy przytoczyć fakt, że w moim życiorysie w Wikipedii przytoczono wyłącznie dane zafałszowane przez Kanię (twierdzenie, że miałem m.in. informować o sytuacji w MSZ-cie)., nie przytaczając mojej drukowanej w "Naszym Dzienniku" polemiki z jej oszczerstwami. Fałszerkę powinna spotkać odpowiednia kara za jej kłamstwa. Casus Kani dowodzi, że w IPN-ie powinny być wprowadzone przepisy odpowiednio karzące świadome publiczne zafałszowywanie wymowy tamtejszych akt na szkodę jakichkolwiek osób.


Warszawa, dn. 23 I 2014 r.


1 komentarz:

  1. Piewca towarzysza Kadara oskara na prawo i lewo. Teraz sam musi sie tłumaczyć.

    A Kania TW Pożyczka powinna opowiedzieć skad 600 telefonow miedzą nią i Dohnalami.

    OdpowiedzUsuń